poniedziałek, 16 lipca 2018

Mario Vargas Llosa – „Listy do młodego pisarza”



Jak wszyscy wiedzą, bardzo lubię Llosę, ale ta nieduża książka trochę mnie zmęczyła. Napisana w formie listów do hipotetycznego młodego kolegi po fachu powinna być dla mnie pouczeniem i inspiracją. Może dlatego, że znaczną część tego o czym pisze autor już wiedziałam, albo uważałam za zbyt oczywiste by się tym zajmować. To, co cenne w tej książce to odniesienia do innych pisarzy, poznajemy gust Llosy, tych którzy są dla niego wzorem a do tego tłumaczy nam skąd się biorą jego sympatie. To naprawdę cenne dla fana takiego jak ja. 
Każdy z listów poświęcony jest określonej tematyce, co wydaje się być egzemplifikacją tego o czym sam pisze- potrzebie porządku konstrukcyjnego książki.  Mamy zatem rozdział o czasie, o narracji, o stylu, o konstrukcji książki, o poziomach realności ect.  Nie ulegajmy jednak złudzeniu, że „Listy do młodego pisarza” to podręcznik dla początkujących pismaków. To autorska, wizja tego co ważne w pisaniu, to także uważam za jej zaletę. Szczególnie spodobał mi się list - rozdział zatytułowany „Fakt ukryty” - przytoczę wam jego fragment byście wiedzieli o co chodzi:

„Hemingway opowiadał, jak kiedyś na początku drogi twórczej wpadł nieoczekiwanie na pomysł, żeby w pisanej właśnie historii pominąć główne wydarzenie: powieszenie się bohatera. Podobno w ten sposób odkrył środek narracyjny, który miał się potem pojawić w jego opowiadaniach i powieściach”

Tak właśnie, Mario Vargas Llosa w każdym z rozdziałów tej książki przytacza opowieści o pisarzach i omawianym temacie. Te opowieści podobały mi się szczególnie i choćby tylko dla nich warto sięgnąć po tę lekturę.
Polecam!

Natalia Fiedorczuk – „Jak pokochać centra handlowe”



„Macierzyństwo ma w Polsce tradycję uświęconą a jednocześnie wiele jego kluczowych aspektów bywa spychanych na margines życia społecznego” - pisze Fiedorczuk w posłowiu. „Wymagania którym musi sprostać kobieta ( coraz częściej tez mężczyzna, ojciec) robią się coraz bardziej wyśrubowane i absurdalne.”
Książka „Jak pokochać centra handlowe” jest debiutem nagrodzonym Paszportem Polityki w 2016 roku. Czy było za co? Oto jest pytanie. To nieduża pozycja napisana szybkim, twardym reporterskim stylem, narracja pierwszoosobowa, czas teraźniejszy.  Trudno nazwać ją powieścią to wypluwane dni, odczucia, emocje, przemyślenia.
Może nie będzie zbyt eleganckie określenie, ale ta książka jest wyrzygana. Z żalu, bezradności, frustracji z niepewności młodej matki, która doświadcza macierzyństwa i świata wokoło przez pryzmat nieporadności, presji społecznej, kobiety wrażliwej i podatnej na depresje, kobiety która gorączkowo próbuje, jak tonący ocalić siebie, swoje ciało, osobowość.  Temat jest mi znany dogłębnie, przeżyłam to co ona i jeszcze więcej.  Ale nie chcę o tym czytać, nie chcę do tego wracać. To bardzo dobra książka, mocna, bezwzględna, ale jeśli ktoś ma traumę podobną do tej głównej bohaterki, szczerze ją odradzam.
Czytała się szybko, ale czasami czułam bardzo duży dyskomfort, jakby ktoś się przede mną nadmiernie obnażał, albo defekował. Tak wiem – to nieestetyczne. Ale ta książka właśnie taka jest. Bez znieczulenia.
Skojarzyła mi się z tomem impresji Justyny Bargielskiej „Obsoletki” poświęconej podobnej tematyce, jednak zupełnie innej - choć podobnie dla mnie irytującej.  Brzuchy, niemowlęta, koszmary młodych matek, pieluchy, spacery po galeriach handlowych… to nie są sprawy o których chcę czytać. Zgadzam się, że to ważny głos młodej matki- pisarki, że „Jak pokochać centra handlowe?” jest ważna społecznie. To naprawdę dobra książka.
Jednak ja mam ambiwalentne uczucia względem niej. Sami zdecydujcie - czytać, czy nie czytać?

poniedziałek, 9 lipca 2018

Mario Vargas Llosa - "Zeszyty don Rigoberta”




Jeśli jesteś podatny na erotyczne fantazje pisarzy przy tej książce możesz przeżyć wiele rozkosznych chwil. Odżywka dla zmysłów, stymulator wyobraźni i literacka bomba erotyczna. Ale wszystko to podane wykwintnie, przyprawione wiedzą o sztuce, motywem przewodnim jest nowa fascynacja Fonsita ( syna tytułowego Don Rigoberta, którego znamy już z „Pochwały macochy”) mianowicie Egon Schiele i jego twórczość.

W tej książce znajdziemy także epistoły Rigoberta, sny, anonimy, wszystko to wymieszane tak umiejętnie, że zupełnie tracimy pewność, co jest rzeczywiste a co nie rzeczywiste, porywa nas to i unosi. Doznania seksualne są nie tylko filozofią, ale esencją życia Rigoberta. Ich smak, charakter znajduje odzwierciedlenie w formie tej książki. Mario Vargas Llosa buduje zawirowaną, emocjonująca fabułę, którą w bardzo wielkim uproszczeniu można by zawrzeć w zadaniu: Don Rigoberto i Lukrecja próbują wrócić do siebie, po tym jak się rozstali. Pomaga i w tym los i mały chłopiec o diabelskim usposobieniu.

„Zeszyty don Rigoberta” wbrew pozorom nie są lekturą lekką łatwą i przyjemną, nie mają wiele wspólnego z „jednostrzałowcami”. To wymagająca lektura, intelektualne wynurzenia Rigoberta, przeplatane są z opowieściami o jego żonie. Llosa stosuje ciekawy zabieg artystyczny pokazując nam Rigoberta z wielu perspektyw ( poprzez jego listy, zapiski w zeszycie, sny, lęki, fantazje). Podoba mi się jak jest skonstruowana książka, także jej strona edytorska mnie zauroczyła. Wewnątrz książki znajdziemy jako ilustracje szkice Egona Schiele. Okładka mogła by być bardziej wyrafinowana, ale wobec zadowolenia z lektury wybaczę ją wydawcy.

Gorąco polecam!

poniedziałek, 2 lipca 2018

Evžen Boček – „ Ostatnia arystokratka”


Czeski film - kojarzycie to określenie? Taka właśnie jest ta książka. Nie wiadomo o co chodzi, jakby chodziło w zasadzie o nic. Splot zabawnych zdarzeń opowiedzianych z humorem przez narratorkę Marię Kostkę ( dotychczas Amerykankę), która wraz z rodzicami wraca do Czech, gdzie jej ojciec  ( dotychczas profesor literatury- obecnie hrabia) odziedziczył zamek po swoich arystokratycznych przodkach.
Początkowo ta groteska mnie śmieszyła, cały czas czekałam na ten główny wątek, rdzeń książki, na to „coś”, ale tam nic nie ma… akcja snuje się jak duch po zamczysku.
„Ostatnia arystokratka” wydaje się zabawna, choć w pewnym momencie ten humor przestaje bawić i zaczyna nużyć  ta opowiastka, która liczy 250 stron.  Mnie ta lektura rozczarowała, choć lubię tematykę związaną z szlachtą, arystokracją, jestem trochę szlacheckim snobem - ale i ta tematyka  w „Ostatniej arystokratki” mnie zawiodła.
Naprawdę nie wiem co napisać o tej książce - zawiera ona perypetie amerykańskich Czechów w nowo odzyskanym zamku, problemy materialne, personalne, przerost ambicji, nieszczęśliwe sploty wypadków, a przede wszystkim autor skupia się na próbie przywrócenia zamkowi i rodzinie dawnej świetności przy pomocy rezolutnej pani Milady, która ma szósty zmysł marketingowy i spore doświadczenie.  Temat wydaje się ciekawy, mogę sobie wyobrazić jak należałoby go rozbudować by stał się pociągający, mocny, by czytało się z zapartym tchem. Tę książkę czyta się jak zbiór żartów- niby śmieszne, ale nie fascynuje. Doczytałam do końca tylko z przyzwoitości.
Nie polecam, nawet Czechofilom. Szkoda czasu.

czwartek, 28 czerwca 2018

„Kirke” Madeleine Miller





Dawno nie czytałam tak soczystej i pięknej książki, chyba ostatnio tak weszłam z butami w świat „Egipcjanina Sinuhe”. Od lat interesuję się mitologiami, lubię też baśnie i muszę się przyznać, że postacie Kirke i Medei to moje ulubienice w mitologii greckiej. Miałam więc wysokie oczekiwania wobec powieści Madeleine Miller. W przedsłowiu dowiedziałam się że autorka jest filologiem klasycznym i miłośniczką mitologii antycznych i już na początku poczułam się w dobrych rekach. Nie zawiodłam się. Postacie, znane z Odysei, czy z Hezjoda nabierają tam wyraźnego kształtu. Bogata, ciekawa postać głównej bohaterki, tytanki - córki Heliosa, nimfy pozornie pozbawionej mocy, prowadzi nas przez wiele opowieści. 

Historia rozwija się  a wraz z nią zmienia się i dojrzewa główna bohaterka.  Niby wszystko znane, ale podane pięknym, żywym językiem. Bogowie, tytani, fatum nie do przekroczenia. Miller pokazuje nam nowe oblicza znanych bohaterów takich jak Prometeusz, czy Odyseusz, Ajetes, Medea. Podoba mi się także jak rysuje postacie drugoplanowe w opowieściach mitycznych, sama główna bohaterka ma taki status w zbiorach mitologii.  U Miller to one właśnie są najważniejsze.
Powieść stanowi ciekawe, głębokie ( pełne psychologicznych przemyśleń, momentami nawet filozoficznych) nad ludzkim istnieniem, nad istotą przemiany i losem. Pokazuje nam inne ujęcia tych samych starożytnych historii, ożywia uczuciami i uautentycznia dylematami, refleksjami.

Kirke, samotna na swojej wyspie, skazana przez gremium bogów na wygnanie,  ma całe wieki by snuć swoje rozmyślania. „Poprzez praktykę i staranność, pielęgnując umiejętności niczym ogród, aż zajaśnieją w blasku dnia. Ale są bogowie zrodzeni z ichoru i nektaru i doskonałość wprost tryska z ich palców.” Choć urodzona jako córka Heliosa, Kirke wiedzie żywot jak śmiertelniczka, w świecie ludzi. 
Wbrew pozorom to nie jest książka wyłącznie o bogach i herosach. Ona jest metaforą, trafną metaforą i ja sama znalazłam w głównej bohaterce siebie. Kiedy bliżej się przyjrzałam wiele cech   bohaterów dostrzegłam w ludziach mnie otaczających.  Nie wiem, czy każdy zobaczy to w tej książce, można ją z pewnością odbierać na wiele sposobów i na różnych poziomach.  To dla mnie wyznacznik dobrej literatury. To prawdziwa sztuka stworzyć powieść wielowymiarowa, Madeleine Miller się to udało.
Będę do niej wracała nie raz, idealna książka na urlop i na resztę życia.
Gorąco polecam!

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Aleksander Kaczorowski - „Ota Pavel- pod powierzchnią”



Jako miłośniczka twórczości Pavla czekałam na tę książkę od kilku miesięcy i kiedy się tylko ukazała wiedziałam, że ją kupię. Przed chwilą skończyłam ostatnie zdanie „Ota Pavel- pod powierzchnią” i mam w sobie wiele mieszanych uczuć. Pavel, którego poznałam z jego książek jest kimś innym niż ten opisany przez Kaczorowskiego. Inny jest jego tatuś, bracia, mama…
Pavel pięknie pisze o swoich najbliższych, sposób w jaki ich idealizuje czyni ich zwyczajność pięknem. Tak zresztą pisze o każdej najprostszej rzeczy. A jaka była codzienność pisarza? Mało barwna, urodzony w 1930 roku już jako dziecko doświadcza Holokaustu, potem po wojnie przeżywa zachłyśnięcie ideologią komunizmu, szuka siebie, swojego miejsca i nie umie go znaleźć. Jakby najważniejsza jego część została w dzieciństwie, gdzieś nad rzeką Berounką.

Biografie pisarzy potrafią być ciężką lekturą, odbrązawiającą mit człowieka i twórcy.  Ta taka nie jest. Autor wykonał kawał dobrej roboty, przypuszczam, że sam Ota Pavel byłby z niego zadowolony. Kaczorowski pisze:
„ Można powiedzieć, że Pavel nie wierzył w talent, albo też, że uznaje tylko jedną szczególną zdolność- przełamywanie własnych ograniczeń.”
Autor tej biografii spotykał krewnych Pavla, docierał do dokumentów, odwiedzał bliskie pisarzowi miejsca. Aleksander Kaczorowski, jak sam siebie określa miłośnik prozy Pavla, podejmuje się tej pielgrzymki do Czech nie tylko by książka była rzetelna, ale z potrzeby serca.

Obraz życia Pavla wyglądający z tej książki mnie przeraził. Przygniatająca choroba psychiczna, która odebrała mu radość, wytrąciła ze społeczeństwa, naznaczyła. Tych stygmatów Pavel przeżywa wiele. Niewyobrażalny ogrom cierpień, których doświadcza - on który czuje więcej niż inni, który jest wrażliwy na najdrobniejsze subtelności otaczającego świata.  Choroba, zawody dotyczące osób, zawirowania polityczne, ciężkie warunki do pracy twórczej,  obsesja pracy, nie zrozumienie świata, życie w swojej wizji - wszystkie te czynniki uszkadzały umiejętność życia i pisania Pavla. Kiedy o tym czytałam, czasami byłam przerażona. Nie dziwiło mnie, że myślał o samobójstwie. Wytchnienie znajdował tylko nad rzeką.

Osobistego rozczarowania doświadczyłam nad tą książką za sprawą losów ojca Oty Pavla - Leona - którego dobrze znałam z „Śmierci pięknych saren” i „Jak tata przemierzał Afrykę”. Ta sympatyczna postać, odważna i pełna uroku osobistego podbiła moje serce - w książce Kaczorowskiego tatuś Oty jawi się podejrzanym komunistycznym konfidentem, człowiekiem zagubionym i próżnym, skupionym na sobie.
Po raz kolejny doświadczyłam przekleństwa biografii, polegającego na tym, że lektura nawet najlepiej napisanej biografii może na zawsze zmienić w czytelniku obraz opisywanej postaci, do tego stopnia, że ona przestanie się podobać, czy fascynować.  Odczuwam leciutkie skutki uboczne tej lektury, ale mam nadzieję, że szybko miną.
Nie straciłam serca do Oty Pavla, ale poraziło mnie cierpienie którego doświadczał, wstrząsnął mną obraz jego życia i chyba tym bardziej czuję wdzięczność do niego, że w tym co pisze nie ma goryczy, żalu i cynizmu - który byłby zrozumiały w jego sytuacji. Z tego powodu podziwiam Pavla.
Aleksander Kaczorowski pisząc tę biografię sam do minimum ogranicza pojawianie się własnej osoby, a mimo to mamy poczucie, że ta podróż do życia Pavla jest dla niego osobiście ważna, autor staje się naszym przewodnikiem- niczym Wergiliusz Dantego – tak on nas prowadzi przez piekło Oty Pavla.

Może być w tej recenzji sporo przesady, ale wybaczcie- jestem jeszcze w emocjach - po zakończonej lekturze.

Polecam książkę, szczególnie miłośnikom Oty Pavla!

środa, 20 czerwca 2018

Mario Vargas Llosa – „Pochwała macochy”



„Kochanie niezniszczalnego ma swoją cenę, którą wcześniej czy później trzeba zapłacić”
  ( Pochwała Macochy”)


Czytanie tej książki bez pasji i miłości to jakby ktoś zaprosił cię na ucztę, a ty nie czułbyś głodu. Na nią trzeba się rzucić jak tygrys z szafy, szarpać się z nią w pościeli przy świetle księżyca, pożreć ją…

To jedna z najbardziej zmysłowych książek jakie czytałam, zapach potu i seksu unosi się nad jej kartkami. Fabuła jest prosta - don Rigoberto bierze sobie nową żonę po śmierci pierwszej. Zależy mu na tym by piękna Lukrecja, na punkcie której oszalał,  zyskała aprobatę jego synka Fonsita. ( To ten sam co w „Fonsito i księżyc”) I już. Czy zyskała? Bardzo się starała w każdym razie, a mówimy tu o sympatii chłopca najwyżej dziesięcioletniego, dość przebiegłego i jednocześnie uroczego jak anioł. W pewnym sensie to jest anty- Lolita, chłopiec uwodzi dorosłą kobietę - swoją macochę. Trudno dojść kto tu kogo uwodzi… Historie o nich Llosa przeplata fantazjami erotycznymi na temat obrazów znajdujących się w bogatym domu don Rigoberta. Te ożywione obrazy znakomicie komponują się z akcją, nadając jej głębszy, dodatkowy wymiar. Czytając o tym co się wyprawiało w domu Lukrecji i jej męża nie czułam zażenowania, ani zgorszenia. Cielesność i rozkosz płynąca z niej, opisana jest jako coś naturalnego, więc boskiego, więc poza dobrem i złem - poza oceną. Seksualność jest żywiołem który drzemie w każdym z nas, niezależnie od wiedzy, wieku i sytuacji rodzinnej.  Kiedy się obudzi nie zważa na nic. O tym jest ta książka, moim zdaniem.
„Pochwała macochy” liczy 157 stron, wypełnionych przyspieszonym rytmem oddechów, a wszystko w znakomitym stylu. Jest oczywiście o szczytach i orgazmach, ale zapewniam, że można dodatkowo osiągnąć orgazm czytając jak pisze Llosa, jeśli kto wrażliwy na piękno stylu. Kolejna część tej opowieści w książce „Zeszyty don Rigoberta” - zamierzam po nią wkrótce sięgnąć. Bardzo polecam!

piątek, 15 czerwca 2018

Gabriel Garcia Marquez – „Nie wygłoszę tu mowy”



Książka „Nie wygłoszę tu mowy” to zbiór wybranych przemówień wygłoszonych przez pisarza od 1944 roku do 2007, wybór został dokonany przez wydawcę za zgodą autora i przy jego współudziale.  Początkowo obawiałam się tej lektury, ale nie słusznie, bo są tacy pisarze, którzy cokolwiek by napisali, czy powiedzieli ja jestem na to otwarta. Należy do nich Marquez. Znajdziemy tu najróżniejsze przemówienia, od tych akademickich, szkolnych, przez oficjalne państwowe, czy noblowskie aż po prywatne. Właśnie te prywatne urzekły mnie najbardziej. Marquez w jednym z nich, zaledwie kilka dni po śmierci Cortazara wspomina argentyńskiego pisarza, jak to on  ma w zwyczaju, dzieli się wspomnieniami, pięknymi, poruszającymi, które mnie same zwróciły ku Cortazarowi i z pewnością za kilka książek sięgnę ponownie po jego dzieła. Rysuje nam Cortazara jakiego nie znamy, muzyka, artystę, trochę szaleńca i outsidera.

 Autor „Sto lat samotności” porusza w przemówieniach wiele istotnych tematów, od zagrożeń nuklearnych po sytuację polityczną i kulturalną jego ojczystej Kolumbii, snuje refleksje nad kondycją dziennikarstwa i języka hiszpańskiego. Znajdziemy w tej książeczce wiele przemyśleń, własnych wizji i cytatów, które inspirują pisarza. Dla mnie ta niepozorna pozycja jest obrazem Marqueza jako człowieka, pełnego pasji, wesołego, dostrzegającego bolączki i nie mającego żadnych oporów by nazywać rzeczy po imieniu. Serdecznie mnie zruszyła i ubawiła jednocześnie, mowa na siedemdziesiąte urodziny jego przyjaciela Alvaro. Znajdujemy tam obraz pisarza jako kawalarza, frenetycznego twórcy, którzy nie tylko wyraża się w pisaniu, ale kreuje całym życiem. Słowa frenetyczny Marquez nadużywa w przemówieniach i niezmiernie mi to pasuje do jego obrazu.
W ostatnim opublikowanym w „Nie wygłoszę tu mowy” przemówieniu pisarz wspomina czas kiedy powstawało „Sto lat samotności”, ciężkie warunki w jakich wtedy żyła jego rodzina.  Nie tak dawno na początku tego roku czytałam obszerną biografię Vonnegouta i teraz przy lekturze Marqueza przypomniały mi się Vonnegutowe opowieści o nędzy w której żyli, czasami jedynie na łasce przyjaciół i rodziny. I pomyślałam o współczesnym przemyśle książkowym, autorach wydających kilka książek rocznie i ogarnęła mnie melancholia…

Marquez jedną z mów, skierowaną na I Kongresie Języka Hiszpańskiego w 1997 r w Meksyku nazwał: „Butelka rzucona w morze dla boga słów”, pisze:
„Nigdy (…) potęga słów nie była tak wielka jak dziś. Ludzkość wkroczy w trzecie tysiąclecie pod berłem słowa. To nieprawda, że obrazy zastąpią słowa. Wręcz przeciwnie, dodadzą im mocy: nigdy dotąd nie było na świecie tylu słów o tak wielkim zasięgu, władzy i woli jak w potężnej wieży Babel naszych czasów. Słów wymyślonych, umęczonych czy uświęconych przez prasę, książki jednorazowego użytku, plakaty reklamowe, słów mówionych, śpiewanych, wypowiadanych w radiu, telewizji, kinie, przez telefon i megafony: słów wykrzyczanych grubym pędzlem na ścianach ulic czy wyszeptanych na ucho w półmrokach miłości. Milczenie całkowicie przegrywa.”

Zatem zachęcam do czytania „Nie wygłoszę tu mowy”- w myśl powyższego cytatu, zobaczcie co Marquez ma do powiedzenia! Uczcijmy Boga Słów ( podobno był taki bóg u starożytnych Majów).

czwartek, 14 czerwca 2018

Mario Vargas Llosa - „Fonsito i księżyc”



Mała, czarująca książka w pięknej oprawie graficznej zawierająca opowiastkę o chłopcu, dziewczynce i realizacji niemożliwych celów. Napisana dla dzieci przez Llosę, naprawdę niesie sporo prawd przydatnych i dla dorosłych. Wydawca pisze, że jest idealnym prezentem dla ukochanej. Zgadzam się z nim. Dzieci potrafią widzieć więcej niż my dorośli, widzieć i wierzyć, dlatego nie ma dla nich barier, które nas potrafią ograniczać. Tyle razy zetknęłam się z poczuciem, że coś nie może się udać, bo jest niemożliwe, tak podpowiadał mi rozum, ale serce rwało się by to wykonać. Podobnie jest z tytułowym bohaterem, który pragnie ziścić swoje marzenie, obwarowane przeszkodą nie do przeskoczenia. Ale czy może być jakaś granica wyobraźni?
Nie dla Fonsita, nie dla zakochanych.
Nie chcę ujawniać treści tego małego dzieła sztuki ( ilustracje doskonale uzupełniają treść), stworzonego przy współudziale ilustratorki Katarzyny Borkowskiej, przetłumaczonego przez Marzenę Chrobak.
„Fonsito i księżyc” to malutka latarnia w środku nocy - tytułowy księżyc -  dla tych co nie widzą nadziei. Autor podpowiada nam poprzez małego Fonsita, że to co niemożliwe jest możliwe. Wystarczy otworzyć serce i użyć wyobraźni, a stanie się naszym udziałem to czego pragniemy, całkiem realnie.
Rilke pisał w swojej elegii ósmej o poznaniu jakiego doświadczają zwierzęta i niewinne dzieci, dla mnie ta opowiastka Llosy jest trochę o tym:

„Stworzenie widzi wszystkimi oczami
Przestwór. Jedynie nasze oczy są
jak odwrócone, zastawione gęsto
jak sidła w krąg jego wolnego wyjścia.
O tym, co jest na zewnątrz, wiemy tylko
z twarzy zwierzęcia; gdyż już małe dziecko
zmuszamy, by widziało odwróconym wzrokiem
świat form, nie Przestwór, co tak jest głęboki
w oczach zwierzęcia. I wolny od śmierci.
 (...)”

( tł. M. Jastrun)

Serdecznie polecam lekturę „Fonsito i księżyc”!


Karel Čapek – Księga Apokryfów





„Księga apokryfów” to zbiór opowiadań usytuowanych w czasie mitycznym albo po prostu dawno, dawno temu, bohaterami są Prometeusz, Archimedes, Jezus Chrystus i wielu innych znanym nam z legend i Biblii.  Tytuł książki sugeruje rozbudowany alternatywny obraz o równorzędnej wartości co sam mit, ale z jakiś powodów odsunięty lub postponowany.

Karel Čapek pisze zabawnie, pełnym ironii językiem, historie ludzkie, bo tematem są ludzie ich przywary, zwyczaje, wady. Choć może to zaskakiwać ta książka jest uniwersalna. Starczyło by tylko zmienić anturaż a treść, jak ulał, pasowałaby do sytuacji współczesnych.  Jak wielokrotnie pisałam uwielbiam czeską literaturę, prezentowany w niej dystans do życia, do swoich słabości, akceptację świata takim jaki jest. Czytając „Księgę apokryfów” raz po raz parskałam śmiechem, bowiem bohaterowie ( znani z mitologii lub opowieści biblijnych) są tam odbrązowieni, powiedziałabym nawet często mają banalne dylematy, czy idiotyczne przemyślenia, rzeczy idą innym torem niż można by się spodziewać.

To nie jest książka obrazoburcza w żaden sposób, ale jak to często u Czechów pozwala czasami spojrzeć z innej perspektywy na rzecz dobrze znaną, z przymrużeniem oka, bez pompy i powagi.
Szczególnie podobały mi się opowiadania o Jezusie. Czy przyszło by wam do głowy by zastanawiać się jak cud z rozmnożeniem chleba wpłynął na rynek piekarski? Jakie to wywołało oburzenie pośród producentów chleba? Do czego by doszło, gdyby Jezus zrobił więcej takich cudów?
Zachwyca mnie trafność obserwacji ludzkich zachowań jaką prezentuje w tych opowiadaniach Ćapek. Jest jak czujna kamera, która co jakiś czas robi zbliżenie na słowa, sytuacje, ludzi. Książka liczy zaledwie 160 stron i to w małym formacie - w sam raz na jednodniowa lekturę relaksującą, ale nie głupią!

Polecam!

czwartek, 7 czerwca 2018

Marguerite Duras - „Kochanek”




Napisanie recenzji, czy choćby opinii o tej książce stanowi prawdziwe wyzwanie. Mimo zaledwie 86 stron to skomplikowana książka. Narratorka żyje z rodziną w Indochinach, tuż przed i w trakcie drugiej wojny światowej. Żyje w biedzie, wspomnieniami dawnego bogactwa, a przynajmniej dostatku. Kiedy próbuję zebrać myśli i wrażenia po lekturze jawią mi się obrazy zamiast słów.
Pierwszy z nich to stara kobieta malująca usta przed lustrem, przymyka oczy, odkłada szminkę i delikatnie dotyka swoich włosów, gładzi pojedyncze pasma, niektóre są śliskie jak jedwabna sukienka, inne szorstkie, suche, skołtunione. To przypomina jej dłonie mężczyzny, pierwszego który ją dotykał.
Drugi obraz to droga przez ruiny, ruiny starych świątyń, pałaców dawnych władców Kambodży kompletnie spalonych, zdewastowanych, idę po tym rumowisku bosymi stopami. Woda z rozlewiska Mekongu podmywa ziemię po której kroczę, momentami tworząc spore trzęsawiska. Wokoło szczątki dawnej świetności, obcej egzotycznej kultury, po której zostało niewiele prawie nic, nawet smród spalenizny wywietrzał dawno.I nagle moja noga zapada się w błoto, dotyka kawałków zbutwiałego drewna, próbuję utrzymać równowagę i wtedy go widzę. Samotny kwiat lotosu wyrasta pośród połaci ruin, biały i nietknięty, rośnie pośrodku małego bajora, nie mogę go dotknąć, ale sam jego widok wystarczy.
„Kochanek” to książka gorzka i szorstka, stanowi garść wspomnień rzuconych czytelnikowi w nieładzie, autorka raz pisze o bohaterce w czasie teraźniejszym, raz przeszłym, raz w pierwszej raz trzeciej osobie, czas i chronologia też jest pomieszana. Taka konstrukcja z pewnością utrudnia lekturę. Początkowo byłam zdegustowana, bo sądziłam że to jakiś romans w stylu H.D. Lawrence’a, co okazało się pomyłką. Potem chropowata faktura tej prozy mnie odrzuciła, by ostatecznie zachwycić. Co do treści to jest cierpka, pozostawia dyskomfort, nie daje nadziei.
Jeśli to wszystko udało się autorce na zaledwie osiemdziesięciu pięciu stronach, to chylę czoła przed nią.
W 1984 roku „Kochanek” Marguerite Duras został nagrodzony Nagrodą Goncourtów, w 1992 książka została zekranizowana, tytuł oryginalnego filmu „ L’amant”- reżyserem był Jean- Jacques Annaoud.

Polecam!

wtorek, 5 czerwca 2018

„Madame” - Antoni Libera



„...kicz bywa całkiem miły. Nie trzeba się go wyrzekać. Gdyby nie było kiczu nie byłoby wielkiej sztuki. Gdyby nie było grzechu, nie byłoby życia.” ( „Madame” A. Libera)

Rozpoczynam tę recenzję słowami Madame - nauczycielki francuskiego, obiektu szalonej romantycznej miłości głównego bohatera. Mimo, że historia tego niespełnionego romansu jest pierwszoplanowym wątkiem książki, ja miałam wrażenie, że to książka o literaturze, o sile słowa, magii języka.  Autor – erudyta karmi nas w niej cytatami z wielu dramatów i wierszy, wkłada w usta narratora słowa wielkich twórców. Główny bohater, jego przemyślenia, nad wiek dojrzałe ( przecież mamy tu do czynienia z chłopakiem z klasy maturalnej) prowadzą nas poprzez liczne skojarzenia literackie do coraz to nowych opowieści.  To jest piękna książka, piękna językiem, piękna emocjami, po brzegi nimi wypełniona, które udzielają się czytelnikowi, biorąc go w swoje posiadanie. Sama doświadczyłam dreszczy i ściskania w żołądku, czytając niektóre sceny. Nie mogłam wprost przestać jej czytać.
Mimo, że fabuła usytuowana jest w latach sześćdziesiątych w Polsce, mamy tam  też wiele historii sięgających do przedwojnia. Poprzez prywatne przeżycia poszczególnych bohaterów,  doświadczamy realiów, niedogodności, przeszkód z którymi oni zmagają się każdego dnia.  Przyglądamy się historii od strony czasem nie znanej ( np. zawirowania w wojnie hiszpańskiej i udział w niej Stalina ).
Podobało m się, że głównym bohaterem jest młody chłopak, który przeżywa wszystko mocno, widzi ostro, czasami przerysowuje rzeczywistość. Niektórzy mają za złe autorowi uproszczony obraz PRLu, ale moim zdaniem właśnie fakt, że bohater jest młody usprawiedliwia taką perspektywę patrzenia na ten czas, uwiarygadnia ją.
Antoni Libera znakomicie rysuje nam psychikę postaci, książka jest głęboka, mądra, refleksyjna. Mimo głównego tematu, który dla wielu osób może wydać się ograny czy wręcz kiczowaty ( młodzieniec zakochany w nauczycielce ), „Madame” to wielka sztuka, co podkreślają nagrody które zebrała: Nagroda w konkursie na powieść Wydawnictwa Znak, nagroda im. Andrzeja Kijowskiego przyznawaną przez Komitet Kultury Niezależnej.

Mnie książka wciągnęła i oczarowała. Polecam serdecznie!

piątek, 1 czerwca 2018

Katarzyna Berenika Miszczuk - "Przesilenie"




„Przesilenie” Katarzyny Bereniki Miszczuk to ostatnia część cyklu „Kwiat paproci”, na który składają się oprócz niej "Szeptucha”, „Noc Kupały”, „Żerca”.
Zazwyczaj nie czytam takich seriali książkowych, ale tym razem zrobiłam wyjątek, a to dlatego, że interesuję się Słowiańszczyzną i lubię literaturę, w której występuje alternatywna rzeczywistość. W zasadzie trudno uznać to za fantastykę, nie jest to też książka dziejąca się w naszym świecie, niektórzy określają tego typu konwencję jako realizm alternatywny. Założenie świata jest takie: Mieszko Pierwszy nie przyjął chrztu, jest dwudziesty pierwszy wiek - technologie funkcjonują równolegle z starymi wierzeniami, stara religia słowiańska jest obowiązująca. Główna bohaterka to młoda lekarka po studiach, która odbywa roczne praktyki u Szeptuchy w świętokrzyskich Bielinach.
Jej nadzwyczajne przygody, spotkania z bogami i demonami, zagadki i niebezpieczeństwa, wątek miłosny są tematem całego cyklu. Mimo pozornego wrażenia, że to muszą być nudy, przyznam, że czytałam ten cykl z przyjemnością. Szczerze się przy nim bawiłam. Myślę, że czytelnicy Pilipuka i Pratchetta wiedzą o jaki rodzaj zabawy z książką mi chodzi.
Ostatnia część, którą przed chwilą skończyłam czytać, jest bardzo sprawnie napisana i wydaje się dorównywać pierwszej i drugiej części cyklu, najsłabsza jest moim zdaniem część trzecia. Miszczuk pisze zgrabnie, lekko, dowcipnie, czasami powodując u mnie salwy śmiechu, głównie z powodu wszelakich dziwactw i fobii głównej bohaterki. Nie raziły mnie nawet niekonsekwencje, które znalazłam ( merytoryczne niekonsekwencje), jako pisząca wiem, że trudno zapanować nad czterystustronicowym molochem. Jest masa spraw, do których można by się w tej książce przyczepić, ale czytając tego typu lektury nie jestem zbyt wymagająca. To typowa literatura rozrywkowa. Dla miłośników starych legend, opowieści. Znajdziemy tam rusałki pracujące za barem, zmęczonych pracą płanetników, bogów chodzących pośród ludzi, o strzygach i innych upiorach nie wspominając. W ostatniej części Gosława- bo tak ma na imię główna bohaterka- poznaje swojego ojca i spełnia obietnicę daną bogu Swarożycowi, co ciągnie za sobą iście eschatologiczne konsekwencje.
Cały ten cykl K. B. Miszczuk wydaje mi się znakomitą rozrywką na wakacje, lekkie, zabawne, emocjonujące ( ale nie zanadto).
Polecam!