wtorek, 18 września 2018

Mariusz Szczygieł - „Kaprysik. Damskie historie”



Ten uroczy zbiór reportaży, napisanych lekką ręką Mariusza Szczygła o kobietach i kobiecych historiach, trafił do mnie przypadkiem, kiedy mój domowy literaturoznawca przyniósł go z biblioteki. Mam teraz spory stos nowych nabytków, więc zaprzestałam bywania w bibliotece, ale zwykle chętnie myszkuję w jego wypożyczonych skarbach i podbieram je czasem by przeczytać „na miejscu”, szybciutko. „Kaprysik” to taka książka na jeden miły wieczór, ma zaledwie 207 stron, wydana z dbałością przez Wydawnictwo Agora, skrojona na miarę, w twardej oprawie, z krawieckimi i drogeryjnymi motywami graficznymi, jakby wprost z szuflady pani domu z lat PRLu.

Każdy rozdział tej książki, a jest ich osiem, poświęcony jest innej historii. Jak to w życiu, bo wszystko co w „Kaprysiku” znajdziemy wszakże z życia wzięte, są ciekawsze, mniej ciekawe, dziwne, śmieszne i smutne opowieści. Znajdziemy tu losy niedocenianej gwiazdy teatru żydowskiego Idy Kamińskiej, poruszający wywiad z wokalistką zespołu „Tercet egzotyczny”, dowiemy się o nie znanych ale niezwykłych kobietach, takich jak Janina Turek, która przez dziesiątki lat zapisywała wszystko co robiła, jadła, czy widziała - w suchych bezosobowych relacjach, przypominających kartoteki.
W tej książce znalazłam ślady tych w większości nieżyjących kobiet, zapisy ich życia, choć „Kaprysik” ma lekką formułę łączy ją coś z historycznymi źródłami. Autor zabiera nas w przeszłość, z pogodą ducha i z miejscem na własne refleksje.
Moja ulubiona jest historia zatytułowana „Kartka”, ale wzruszyłam się też przy „Dowodzie”, zadziwiły mnie listy dwóch pań Teresy i Heni. Jedna z tych pań wielka optymistka, a druga nieustannie marudna, malkontentka - korespondowały ze sobą długie dziesięciolecia, raz w tygodniu jeden list – dokładnie. Zostało siedemset listów.


„Kaprysik” to lektura miła i przyjemna, nie jest to jakaś ważka książka, ale podoba mi się w niej rozmaitość kobiecych wcieleń, cieszą mnie uczucia pań bohaterek, ich losy- choć kiedy się głębiej zastanowię, najbardziej podoba mi się transparentność autora ( taki powinien być dobry reporter!). Taka formuła książki daje sporo miejsca czytelnikowi, autor dokonuje Cim-Cum… i może powstać nowy świat, naszych odczuć i wyobraźeń.
Polecam!

piątek, 14 września 2018

Jan Balabán – „Zapytaj taty”





„Całe moje ciało to struktura tymczasowa.” ( J. Balabán "Zapytaj taty")


Jak wiecie lubię czeską literaturę. Z przyjemnością i pełna najlepszych przeczuć sięgnęłam więc po książkę Jana Balabána wydaną przez Czeskie Klimaty a przetłumaczoną przez Olgę Czernikow, wiedziałam, że to ostatnia książka tego pisarza napisana niedługo przed jego śmiercią.
Jego twórczość jest nietypowa, ponura, mocna, głęboka, nie boi się mówić wprost o tym wszystkim od czego zazwyczaj uciekamy w życiu, o śmierci, o upodleniu się ludzi, o kłamstwie.
Trudno się czyta tę powieść, przez pierwsze sto stron przedzierałam się, jak przez busz, momentami  specyficzny styl autora ( dialogi, ale bez odpowiedniej interpunkcji, nieoczekiwane zmiany osoby narratora - jako zabieg celowy, mający zrelatywizować świat zewnętrzny i wewnętrzny- granice między nim) nie dawał mi szans.
Bohaterowie rozmawiają, wspominają, snują rozważania, a wszystko wydaje się jednym wielkim monologiem wewnętrznym. Ale czyim? Człowieka. Bo Katka, Hans i Emil- trójka dorosłego rodzeństwa, która staje w obliczu straty ojca mimo wszelkich różnic jakie ich dzielą wspólnie tworzą głos człowieka, Czecha. Ich opowieści osobiste i przywoływane z przeszłości losy znajomych ojca czy ich własnych, one wszystkie przywołują wiele niewygodnych pytań.
Dokąd zmierzamy? Co znaczy godnie żyć? Jak dalece można iść z życiem na kompromis by nie zgubić godności? Co jest naprawdę ważne w życiu? Czy istnieje coś nieprzemijającego?

Jan Balabán wspomina gorzkie lata komunizmu w Czechosłowacji, pisze o sprawach tragicznych, o życiowych wyborach, które musieli podejmować żyjący w tamtym czasie. Wyborach między osobistą prawdą a spokojnym życiem swojej rodziny. O tragediach konkretnych osób. Poznajemy Emila i jego rodzeństwo po śmierci ojca, kiedy jego ex przyjaciel wysyła do każdego z nich obelżywe listy, mające ukazać zmarłego jako mordercę, kolaboranta i potwora. A jaka jest prawda?

Ta książka ma w sobie dużo ziemi, czuję ją jakby ziemia przesypywała się przez jej strony, ta sama czarna i sypka ziemia, w której sadzi się kwiaty, kaktusy ( z upodobaniem hoduje jeden z bohaterów), ta sama do której trafia się na koniec w drewnianej skrzyni, tak jak Jan Nedomny- tytułowy tata. Ziemia jako symbol gruntu pod nogami i miejsce ostatecznego rozkładu. Żyjemy w świecie „struktur tymczasowych”- wszystko od naszego ciała, po akty świadomości jest przemijające, cała rzeczywistość widzialna jest skończona, przesycona przemijaniem, które w końcu ją pożera.
Oprócz egzystencjalnych rozważań, którym blisko do Ciorana, w „Zapytaj taty” znajdziemy sporo pięknych nastrojowych scen, jak choćby scena miłosna nad krawędzią tamy, czy scena w lesie, w którym rzekomo wylądowali obcy. Jan Balabán znakomicie przechodzi, między filozoficznym wewnętrznym monologiem a liryką prostej rzeczywistości.
U Balabána nie ma jednej prawdy, jest prawda zbiorowa i ma równie ulotny charakter jak ludzka pamięć. To smutna książka, trudna w lekturze. Kawał dobrej prawdziwej literatury, czuje się, że była pisana życiem, trzewiami. Polecam!

wtorek, 11 września 2018

Karolina Prewęcka – Mag. Stefan Ossowiecki



„Trzeba pamiętać, że życie nasze minie jak jedna chwila. Nim zdążymy się rozejrzeć, już zaświat ciągnie nas ku sobie. Człowiek w każdej chwili swego życia powinien być przygotowany do odejścia z tego padołu. Nasze przeznaczenie jest zupełnie inne, daleko wznioślejsze, a my tracimy czas, nie mamy go dość, aby godnie się do tej chwili przygotować. Czynimy to dopiero wtedy gdy zegar śmierci uderza. Sens życia naszego to śmierć. Całe istnienie ziemskie napełnione jest śmiercią, już od chwili urodzenia człowiek zaczyna umierać. Dla zmartwychwstania naszego trzeba przejść przez śmierć.” ( S. Ossowiecki „Mój pogląd na koniec świata”)



Sięgnęłam po tę książkę, bo już od dawna interesowała mnie postać inżyniera Ossowieckiego, znanego przed wojną jasnowidza i człowieka obdarzonego nadnaturalnymi mocami. Znany ze swoich doświadczeń i skromności pojawiał się często na bankietach w wyższych sferach drugiej Rzeczpospolitej. Książka Pewęckiej mnie nie zawiodła, ale też w żaden sposób nie zaspokoiła mojego apetytu na wiedzę, to porządnie opisana biografia, ale bez relacji świadków( mamy tu do czynienia tylko z listami), brakowało mi fragmentów pamiętnika Ossowieckiego, który mam zamiar przeczytać niedługo. Właściwie nic nie mogę zarzucić tej relacji, bo tak chyba należałoby sklasyfikować tę pozycję, oprócz faktu, że czuję niedosyt. To może dobry objaw.

Postać Stefana Ossowieckiego jest dla mnie ciekawa nie tylko z powodu niesamowitych jego umiejętności, ale także dlatego, że nie czerpał finansowych korzyści ze swojego daru i chętnie pomagał ludziom w potrzebie, jego biuro codziennie pełne było nieszczęśników, którzy szukali pomocy w odnalezieniu bliskich, albo zagubionych przedmiotów. Mimo jasnych przeczuć co do swojego losu Ossowiecki nie próbował go uniknąć, dysponował glejtem od Hitlera- który był rodzajem gratyfikacji od wdzięcznego Niemca, za pomoc w odnalezieniu zabójcy jego córeczki, jednak nie wykorzystał go. Zginął w czasie Powstania Warszawskiego, jak wielu innych cywili, bestialsko zamordowany. Do końca, chciał być jak inni, dzielić los potrzebujących.

Ossowiecki był inżynierem chemii, podobnie jak jego ojciec i młodszy brat, nigdy nie traktował swoich mocy jako źródła utrzymania, nawet w czasie okupacji, kiedy jego dom nawiedzały rzesze ludzi szukających bliskich i zatroskanych o ich los, Ossowiecki prowadził zwykły sklep żelazny. 

Pomógł wielu ludziom, tym znanym i całkiem anonimowym. Nie wyglądał jak asceta, nie udawał świętego ani wybrańca, postawny dobrze ubrany, lubiący towarzystwo kobiet i niejednokrotnie przez nie wykorzystywany. Od wczesnej młodości – od kiedy odkrył, że potrafi nie tylko wiedzieć ludzkie losy z przeszłości teraźniejszości i przyszłości, ale też odczytywać przedmioty, ich historię, posiada umiejetność telekinezy, a nawet bilokacji – żył dla innych, jego życie osobiste nie było zbyt udane ani radosne. Świadomość i otwarcie na doświadczenia innych osób nie zawróciły mu w głowie, może to za sprawą jego pierwszego nauczyciela Żyda Worobieja, także maga i cudotwórcy, którego poznał jako młody mężczyzna w Rosji. To właśnie on wpoił mu właściwy stosunek do „daru” jaki otrzymał.

Im więcej o nim czytam, tym bardziej mnie fascynuje, to moja druga fascynacja tego rodzaju po Franz’u Bardonie - czeskim magu i wtajemniczonym w Prawdę Pierwotnej Światłości. Ale to zupełnie inny temat.



Polecam książkę wszystkim zainteresowanym tematem, czyta się szybko i przyjemnie. Ale uwaga, zaostrza apetyt na wiedzę!



poniedziałek, 10 września 2018

Feredic Lenoir -”Serce z kryształu”



Lubicie baśnie? Ja lubię, nie mam też kompleksów wynikających z poczucia, że czytam książki mało ambitne. Czytam to, co chcę. Czasami sięgam po lektury, po które większość snobistycznych czytaczy nałogowych, by nie sięgnęła w obawie, przed banałem i sofizmem a la Coelho.
 Ta książka przypomina nieco styl autora „Alchemika”, bo Lenoir nie boi się wygłaszać prawd, o których dawno zapomnieliśmy, albo chowamy się przed nimi za parawanem pseudointelektualizmu i cynizmu. Nazywa rzeczy po imieniu, pięknie, czasami metaforycznie, częściej jednak stosuje alegorie.

Przeczytałam o autorze „Serca z kryształu”, że jest filozofem i religioznawcą i pisze dla młodych odbiorców, a przynajmniej tak myślą wydawcy, bo jego książki równie często kupują dorośli, ci, którzy nie utracili duszy dziecka.  Wiele mnie łączy z Federiciem Lenoirem, nie tylko wykształcenie, ja też piszę do wewnętrznego dziecka, piszę sercem i posługuje się baśnią i przypowieścią filozoficzną jako narzędziem przemawiającym wprost do naszej wyobraźni - poruszającym archetypy w nas. Historia opisana w „Kryształowym sercu” jest niedługa, piękna i mądra. Nie jest to powieść, ale przypowieść, do wielokrotnego czytania, zrozumienia…
W zasadzie wszystko mi się w niej podobało, a nawet po zakończeniu zakupiłam kolejną książkę autora, jednak nie byłabym w pełni z wami szczera gdybym nie skarciła nieco wydawcy. Niesamowicie mnie irytowało przed każdym rozdziałem zdanie – motto ( czasami nawet ja, z moją horrendalną odpornością na banał, nie mogłam zdzierżyć). Nie wiem, czy to zabieg formalny wydawcy, czy inwencja autora, ale wniosek mam taki, że lepiej zamilknąć niż powiedzieć za dużo, zwłaszcza, gdy tematem baśni - są rozważania o miłości, życiu czy prawdzie.


„Kryształowe serce” będące historią młodzieńca, którego serce pokrywa skorupa z kryształu i dlatego nie doświadcza miłości. Z perspektywy współczesnych tematów literackich nie brzmi to zachęcająco. Ale by czytać z satysfakcją Lenoira trzeba sobie zafundować redukcję transcendentalną ( zapomnieć, zresetować wiedzę, poglądy, ograniczenia, stereotypy itd.), stać się ponownie dzieckiem, które z otwartym sercem słucha baśni.  Tylko wtedy poczujemy prawdę pisarstwa Lenoira, ona właściwie nie należy do niego, bo czerpie on z tego samego źródła, co Antoine Saint – Exupery, Hesse i wielu innych w tym czy ja.
Lenoir nawiązuje do tradycji, która stawia książkę na równi ze świętą księgą, która opowiada, porządkuje świat i zawiera odpowiedzi na najważniejsze pytania. W tym co pisze sięgamy do sacrum, a sacrum jest uniwersalne, to poziom archetypów, wspólny wszystkim ludziom.

Potrzeba racjonalizacji, czy kompulsywna potrzeba udowadniania swojej intelektualnej przewagi nad innymi, zakłóca dostęp do tego poziomu, utrudnia doświadczenie głębokiej prawdy tego rodzaju książek, negując ich wartość. Spychając je na półkę dla dzieci. To jest książka dla dziecka - wewnętrznego dziecka, tej najczystszej i najniewinniejszej części nas, której nikt i nic nie narzuca jak ma myśleć i co ma czuć.
Polecam, jeśli się nie boicie być posądzeni o czytanie pseudo mądrości w typie Coelho.
Ja znalazłam w tej książce prawdziwą mądrość, a Coelho się nie boję. Zapraszam do lektury „Kryształowego serca!”

piątek, 7 września 2018

Patrick Modiano - „Willa triste”




Zdecydowałam się przeczytać tę powieść z dwóch ważnych powodów- pierwszym był fakt otrzymania przez autora nagrody Nobla w 2014 roku, drugim zaś powodem były zachęty ze strony domowego literaturoznawcy. Wyjęłam więc z półki, westchnęłam do wszystkich bogów książkowych modląc się o lekturę nie tyle przyjemną, co chociaż znaczącą.

„Willa Triste” ukazała się nakładem wydawnictwa Gallimard 1975 roku, polskie tłumaczenie zrobiła J. Polachowska, w 2014 wydał „Znak”. Jest to jedna z książek Modiano, które doczekały się ekranizacji. Film na podstawie książki nosi tytuł „Zapach Ivonne” i został zrealizowany przez Patrice Leconte w 1994 roku.

Przez pierwsze trzydzieści stron ( w sumie jest 253) same opisy, poznałam każdą ulicę, witrynę, kram, płot, każdą piędź ziemi, na której coś rośnie. Nazwy roślin, według miejsc posadzenia, nie zostały mi oszczędzone. A bohaterów ani słuchu ani dychu. Kto jeszcze tak pisze?
„Willa triste” zaczyna się jak u Prousta, atmosfera senna, późno wakacyjna, leniwa. Akcja ( nie jestem pewna, czy tego słowa wypada używać w przypadku tej książki) powolna i rozwlekła. Bohaterowie snują się z przyjęcia na przyjęcie ( tu znowu nie zostały mi oszczędzone szczegóły personalne gości, nawet tych którzy, więcej mieli nie pojawić się w książce).

Kiedy mniej więcej około 150 strony miałam ochotę porzucić tę lekturę, bo usnęłam nad nią już z dwa razy, coś zaczęło się dziać. Ale nie popadajmy w euforię! To co możemy tam obserwować przypomina obrazy Moneta lub Renoira, gdzie przedstawienie postaci jest tylko pretekstem by ukazać nadzwyczajną ekspozycję światła o tej porze dnia.
Główny bohater to udawany arystokrata, o którego tożsamości wiemy niewiele, bo nawet kiedy mówi o sobie, wydaje się puszczać oko do czytelnika, jakby chciał powiedzieć „Nie bierzcie tego zbyt serio”. Równie tajemnicza jest jego partnerka Ivonne, wschodząca gwiazdka filmowa, pełna uroku i determinacji w osiąganiu swoich celów. O przeszłości ginącej we mgle. Najciekawszą postacią wydał mi się Meinthe, przyjaciel - niby brat Yvonne, gej i udawany lekarz. Żywy, żwawy, nieobliczalny, uwikłany w jakieś ciemne interesy z mafią.
Prawdę mówiąc można by tę książkę uznać za rozcieńczoną wersję „Wielki Gatsby” gdyby nie zachwycająca metafora motyla, rzadkiego motyla, który jest wart majątek. Nie będę jej tłumaczyła, żeby nie zabrać całej przyjemności potencjalnym czytelnikom. Pojawienie się tej metafory nadało sens całej książce. Modiano jest mistrzem nastroju, literackim impresjonistą, łapie chwile jak piękne owady i zamyka je w słowach, jak w bursztynach.
Polecam Modiano miłośnikom pięknych literackich obrazów, „Willa triste”, to książka idealna do czytania wielokrotnego, za każdym razem odkryjemy z pewnością w niej coś nowego. Ja mam mieszane uczucia. Wolę chyba bardziej pełnokrwiste książki.

czwartek, 6 września 2018

J.R.R. Tolkien - „Silmarillion”



„Istnieli albo nie istnieli, na wyspie, albo nie na wyspie...” ( „Atlantyda” W. Szymborska)

To jedna z moich osobistych biblii. Pradawne legendy z innego świata. Mity, pisane przez znakomitego językoznawcę i pasjonata mitologii zbudowane są na archetypach, tak jak wszystkie mity prawdziwych kultur. Wiele osób zarzuca tej książce chaotyczność- trudno się z tym zarzutem nie zgodzić, ale oponenci powinni pamiętać, że „Silmarillion” to zbór opowieści nie złożony ręką ich autora, ale skompletowany z notatek już po śmierci Tolkiena przez jego syna Christophera.
Ci, którzy znają Śródziemie, opisywane w innych książkach Tolkiena („Hobbit, czyli tam i z powrotem”, „Władca pierścieni”) poznali także elfy - wysokie, wyniosłe, obce, odmienne od ludzi, obdarzone mocami władania naturą.
„Silmarillion” to zbór między innymi świętych legend elfów- poznajemy skąd się wzięły i dlaczego są tym kim są, jaki jest ich stosunek do ludzi i z czego wynika.
Książka skomponowana jest jak Stary Testament - na początku mamy Genesis - tu nazwany Ainulindale, która zawiera przepiękną historię stworzenia świata z muzyki. Bóg stworzyciel poddaje temat a pierwsze jego stworzenia Ainurowie, którzy powstali z jego myśli, kształtują materialnie świat, w harmonii, jako Wielką Muzykę.”
Następne legendy mówiące o początkach Ardy rozwijają się analogicznie do historii biblijnych. Są może nieco ciekawsze, bardziej czarodziejskie i mniej jasne - to mi się w nich podoba. „Silmarillion” ma wiele cech księgi - źródła, cech analogicznych do Biblii, Koranu, Wed. Opisuje losy bogów lub bohaterów dziejące się w czasie przedhistorycznym i mające cechy archetypowe, silnie wpływające na ludzką psychikę, inicjujące. Mówiące o uniwersalnych treściach.
Znaczna część książki to opowieści dotyczące elfów - historia sillmarillów - magicznych klejnotów, przynoszących nieszczęście, każdemu kto je posiada. Sagi rodów elfich mogą być nużące, chyba, że ktoś tak jak ja, jest pasjonatem tematu.
Mimo całego mojego upodobania miałam trzy nieudane podejścia do tej książki - mówią nawet na mieście, że to najtrudniejsza książka Tolkiena - coś w rodzaju kompendium wiedzy o legendach i pochodzeniu elfów. Ale trzeba uczciwie przyznać, że znajdziemy tu też legendy o ludziach - o Berenie i Luthien ( on był człowiekiem, a ona elfką), o Hurinie ( człowiek!), o Numenorze i wszystkich jego mieszkańcach. Numenor postrzegam jako miejsce w rodzaju Atlantydy - kraju obrosłym legendami już w czasach gdy na swoją pierwszą wyprawę wyruszał Bilbo Baggins.

W zbiorze opowieści „Silmarillion”- dość obszernym- bo moje pierwsze wydanie z 1985 roku liczy 432 strony znajdziemy historie stylistycznie nierówne ( co zrozumiałe – w końcu mamy do czynienia ze zbiorem notatek), sporo rozważań językoznawczych nad językiem elfów, a nawet mały słownik tej mowy. Tolkien zafascynowany strukturą języków bardzo wcześnie zaczął się bawić w ich tworzenie. Tak powstało kilka różnych elfich języków. Autor był tak skrupulatny, że świat, który stworzył zbudował w najmniejszych szczegółach.
Polecam „Silmarillion” tym którzy chcą poznać podszewkę świata „Władcy pierścieni”- dowiedzieć się skąd to się wzięło, poczuć do cna atmosferę elfiej magii, tym którzy nie boją się wyzwań jak Hurin Talion i nie pododają się przy byle królewskim drzewie genealogicznym.  Świat boski i świat ludzi, krasnoludów i elfów się przenika. Ośmieliłabym się nawet poczynić analogię „Silmarillionu” do mitów greckich, a może raczej walijskich - tych opisanych w Mobinogionie.
Tu i tu wola boska staje się prawem stworzeń, fatum ściga bohaterów, a los nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością.
Polecam wytrwałym!

piątek, 24 sierpnia 2018

Wojciech Kuczok - „Spiski. Przygody tatrzańskie”



Niełatwym orzechem do zgryzienia jest napisanie czegoś o „Spiskach”, ta książka ma w sobie coś z biesiadowania z Góralami. Mocna, gęsta, prawdziwa, że aż w krzyżu boli, o Tatrach, tatrzańskich bajdach, o Góralach i Góralkach, ale napisana przez cepra ze Śląska. Cepra – nie cepra - bo prawie Górala przez zasiedzenie, a raczej zachodzenie, po góralskich ścieżkach. Taka biesiada na długo pozostaje w pamięci, a kiedy się siądzie pospołu z gazdami i gaździnami nie można się już wywinąć od uczestnictwa. Ta książka wciąga!

„Spiski” zaczynają się od pierwszych góralskich wakacji w 1982 roku, roku wielkiego piłkarskiego tryumfu Polaków na Mundialu w Hiszpanii. Główny bohater ma wtedy zaledwie kilka lat i podejmuje się trudnej misji nauczenia góralskich dzieciaków gry w piłkę nożną. Sprawa jest wielce utrudniona, bo większość z chłopców na co dzień biega w obciętych gumiakach, a o trampkach nikt nawet nie słyszał. A do tego dochodzi problem nierówności terenu… bo jak tu grać, gdy jedna połowa boiska jest z górki, a druga pod górę?
Brzmi zabawnie? Cała książka pisana z perspektywy dorastającego narratora jest usiana śmiesznymi historiami, o misiołakach łasych na przeterminowane dziewice, o tatusiu- Płanetniku, którego malkontenctwo na wieś sprowadza zarazę krów, o wielkiej miłości Felusi i Józka i wiele wiele innych. Czyta się z prawdziwą przyjemnością, jeśli ktoś dodatkowo zna te okolice, albo, tak jak ja ma w rodzinie Górali, to wie jak bardzo obraz Podhala odmalowany przez Kuczoka jest prawdziwy.  Religijność podniesiona na wyżyny absurdu kontra prosta zasada: oko za oko. Homofobia obok ksenofobii, przyprawiona specyficzną „moralnością”. Góry są Górali, a ceprom nic do tego.
Znajdziemy w „Spiskach” oprócz ciekawych opowieści esencję góralskości opisaną prosto, przaśnie i z humorem. I zmysłowo, bo Kuczok nie stroni od sensualnych opisów, od budowania głodu, ale tego nisko sytuowanego, z podbrzusza. Główny bohater całą książkę idzie do celu (w międzyczasie kończąc liczne kursy wspinaczki i przemierzając Tatary w wzdłuż i wszerz), a cel ten Kuczok opisuje geograficznie, po góralsku, tak:

„Przez Opalone, dalej poprzez Niżne Stanikowe Siodło ku Gładkiej Przełęczy, skąd zmyślnie wdrapał się na sam Czubik, a potem obniżył się ku Pysznej Polanie, krążąc wokół Małej Łąki, przedzierając się przez Mechy, osiągnął Kudłatą Grańkę, gdzie zatrzymał się dłużej, by przygotować szturm poprzez Ciemnosmreczyńską Dolinę aż po Głaźne Wrótka, za którymi w Dolinie Ku Dziurze, ukryty w Mokrym Źlebie, zlokalizował otwór Ptasiej Studni (...)”


Chybajta ku mie - bedziem cytać!

Serdecznie polecam lekturę „Spisków” Kuczoka!
Hej!

środa, 22 sierpnia 2018

Wojciech Kuczok - „Obscenariusz. Wypiski z ksiąg nieczystych”




To moja pierwsza książka Wojciecha Kuczoka, zachęcona przez entuzjastów jego twórczości i nagrodami, które otrzymał sięgnęłam po „Obscenariusz...” pełna oczekiwań. Wydawca - oficyna wydawnicza WAB reklamuje tę książkę jako prozę naprawdę pikantną. Tym lepiej dla mnie, pomyślałam, a moja niezdrowa wyobraźnia zaczęła się rozgrzewać.
„Obscenariusz” to zbiór opowiadań nierównych pod każdym względem. Pierwsze „Przyjdź do mnie” uwiodło mnie i rozbawiło, szaleństwo i erotyczna obsesja bohaterów prawie mi się udzieliła, autor oczarował mnie słownymi grami wypisywanymi w mailach pisarki i jej sporo młodszego kochanka. 

Cytuję: „Akcie Ty mój strzelisty, który odmawiam, kiedy mi nie odmawiasz”- pisze Wiktor młody dziennikarz. W odpowiedzi czyta: „Nęcę ręce do niecnot, ot, niecnie pot rujnując wprost w twoje oko. Lizanio ty moja poranna, międlitwo na anioł panieński, ja ciebie czczę, będę do Ciebie pisała miłościwie, poślubnie, poślub mnie, a noc będzie stawała się dniem ( co noc).” 
I tak przez dziewięćdziesiąt stron! Pan Kuczok umie uwodzić i rozgrzewać słownie, tak rozgrzana weszłam w drugie opowiadanie i ...szybko wystygłam. I jak w zabawie dziecięcej było zimno, zimno… jeszcze zimniej. Nie będę wspominać o większości opowiadań tego zbioru, bo nie znalazłam w nich nic urzekającego oprócz wielu wulgaryzmów odmienianych z upodobaniem. 

Warte wymienienia jest opowiadanie „Klapki ( z zielonymi motylkami)”- pisane metodą strumienia świadomości, delikatniejsze od innych i z zaskakującym zakończeniem. Podobnie przyjemnie zadziwiło mnie ostatnie „Udręka i ekfraza”. To opowiadanie najpierw mnie znudziło, a potem zaszokowało. Lubię taki koktajl wrażeń. Rzeczywiście było jak ekfraza - autor wchodził w nieznośne szczegóły upodobań erotycznych dwojga bohaterów, by na koniec spojrzeć czytelnikowi w oczy, kiedy ten rozdziawi już gębę ze zdziwienia. 

„Obscenariusz...” to zabawna pozycja, obficie erotyczna, czasami aż do przesady, pisana zgrabnie ale bez lekkości Llosy i wdzięku Nin. Nie jest to zła książka ale w żadnym wypadku nie nazwałabym jej ważną czy mądrą. Myślę, że może być radosną lektura dla samotnych pań lub panów, którzy lubią się podniecić lekturą. Podniecić genitalnie rzecz jasna, wszakże to „Obscenariusz”. Nie wiem czy polecam...kto co lubi.

wtorek, 21 sierpnia 2018

Jun'ichirō Tanizaki – Dziennik szalonego starca



Niewielkich rozmiarów powieść, pisana w latach sześćdziesiątych XX- ego wieku w Japonii przez uznanego już wtedy pisarza  Jun'ichirō Tanizaki, jest nie tylko obrazem przeżyć głównego bohatera - schorowanego staruszka. Zobaczymy tam Japonię, układy rodzinne, zwyczaje, ale przede wszystkim studium miłości starego człowieka do swojej synowej Satsuko.
Autor pokazuje nam świat widziany oczami człowieka stojącego nad grobem, szczególnie uderza czytającego zbudowany zręcznie kontrast, poczucie własnej brzydoty, słabości, lęki, zależność od innych starca, przeciwstawione pięknu, powabowi, młodości, sile, samowoli i niezależności Satsuko.  To nie jest książka romantyczna, może nawet wydawać się nużąca. Więcej w niej nazw lekarstw niż żywej akcji, jednak Jun'ichirō Tanizaki tak wprawnie buduje nastrój, dbając, z iście japońską precyzją, o każdy szczegół, że ta książka może się podobać. Jest jak pocztówka sprzed lat od dawno zmarłego krewnego- wzrusza i rozczula. Skłania do przemyśleń.
Czy mężczyzna koło osiemdziesiątki, schorowany i zależny od opieki osób trzecich może się zakochać? Czym jest miłość w tym wieku? Czy z wiekiem tracimy prawo do szacunku innych wobec naszych uczuć? A może właśnie dopiero w sędziwym wieku widzimy wyraźnie czym jest piękno i miłość?
Ta książka nie jest obrazoburcza ani obsceniczna, nie ma tam scen erotycznych- może raczej para erotyczne - bo erotyka w pewnym wieku zyskuje na subtelności, przechodzi ze sfery fizycznej w wymiar eteryczny. „Dziennik szalonego starca”składa się nie tylko z diariusza kreślonego ręką głównego bohatera, to także zapiski pielęgniarki i lekarza- skupionych na fizyczności swojego pacjenta. Ten dodatek w postaci dokumentacji medycznej przenosi czytelnika w wymiar nie fizyczny- pozawala dostrzec paradoks racjonalnego skupienia na ciele, podczas kiedy to właśnie wymiar psychiczny czy duchowy są siłą napędową maszynerii ludzkiego organizmu. Ona Satsuko, jest boginią dającą życie staremu ciału mężczyzny, a listy lekarstw, zabiegów, diagnoz, lekarskich hipotez są tylko parawanem, który zasłania istotę spraw.
Jun'ichirō Tanizaki  pozwala nam dzięki swojemu talentowi zobaczyć ten dysonans i zastanowić się nad nim. Ta powieść to nie tylko zmagania Eros i Tanatos - dwóch odwiecznych mocy władających światem - ona jest jak delikatny obraz na japoński jedwabiu. Gorąco polecam!

środa, 15 sierpnia 2018

Radka Denemarkova - „Przyczynek do historii radości”



W ubiegłą sobotę na Plenerze Czytelniczym - będącym także czymś w rodzaju małego targu książek zakupiłam dwie książki czeskich autorów. Pierwsza z nich nosi tytuł „Przyczynek do historii radości” i właśnie skończyłam są czytać. Autorka, mimo że popularna w Czechach, nagrodzona trzykrotnie prestiżową czeską nagrodą literacką Magnesia Litera, nie była mi znana.  Sięgnęłam po „Przyczynek do historii radości” zachęcona opowieścią pani z wydawnictwa Amaltea. Moje pierwsze wrażenie było takie, że oto mam w rękach kryminał, który traktuje o jakiejś grubszej aferze. Skończywszy nie nazwałabym książki Denemarkovej kryminałem, choć grubsza afera w niej występuje.
Głównymi bohaterkami są trzy starsze panie, inteligentne, błyskotliwe, kobiety majętne i mające na koncie liczne sukcesy w dziedzinach, którymi się zajmują. Diana, Brigit i Erica są jak trzy Mojry- przędą los, zmieniają go, ratują albo skazują na śmierć. A do tego są jaskółkami. Cała książka – zwłaszcza wątek wspomnianych staruszek jest pełen analogii i wiedzy o ptakach, najróżniejszych. Bo kobiety są jak ptaki.  Te bezbronne jak wróbelki, czy jaskrawe kolibry aż po sępy żywiące się padłym mięsem.
Jaskółki mają swoją własną niezależną organizację, która ściga przestępstwa wobec kobiet, nie jest liberalna ani przekupna, każdego gwałciciela czy kogoś kto poniża kobiety czeka ten sam los. Diana, Brigit i Erica walczą za ofiary, za te które nie umieją się podnieść po tym co je spotkało. Staruszki są jak wyspecjalizowani łowcy, stosujący nietypowe metody. Z uwagi na płeć i wiek uważane za niegroźne i niesłusznie bagatelizowane. Lecą na ratunek kobietom.

„ Gdybyśmy nie poleciały, zostałyby na zawsze w żelaznej klatce. Zaczęłyby uważać to za normalny element kultury, że ptasznicy zabierają je do domów i katują. W takim przekonaniu dorastałyby ich córki i wnuczki. To zaraza. (…) Wojna dnia powszedniego. Wojna z faszystami dnia powszedniego. Rozbrajamy system.”

W drugim wątku poznajmy młodego policjanta, który jak na złość zakochuje się i trochę zmienia mu się poczucie lojalności i łatwość rozróżniania zła i dobra. Opowieść o nim i jego partnerce jest namalowana ciepło, z czułością. Wzruszyłam się nią, choć ma drugoplanowe znaczenie to nadaje smaku całej książce.
„Przyczynek do historii radości”czyta się dobrze, choć wątek policjanta jest napisany tak zawiłym wręcz momentami eksperymentalnym stylem - że nie raz czytałam zdanie kilka razy a czasami stukałam się w głowę. Przekombinowanie stylistyczne nie było potrzebne tej książce. Temat jest pasjonujący, postacie starszych pań arcyciekawe - każda z nich mogłaby mnie wiele nauczyć i przyznam, że żałuję, że nie spotkałam takich tkaczek przeznaczenia sama w swoim życiu.
Jest w tej lekturze magia, niedosłowna, ale wyczuwalna poprzez metafory ptaków, dziwny pomarańczowy dom, który żyje własnym życiem, niezwykłe umiejętności trzech pań, pojawiające się niewyjaśnione kwestie, niezamknięte furtki - co akurat bardzo sobie cenię ( lubię gdy autor zostawia miejsce dla wyobraźni czytelnika). „Przyczynek do historii radości” to bardzo dobrze napisany wiersz ( bo porusza, zachwyca, jest w nim masa emocji zamknięta w adekwatnych słowach) - prozą, na 348 stron.
Gorąco polecam!

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Olga Tokarczuk - „Prawiek i inne czasy”



Prawiek, nazwa wsi, w której toczy się akcja książki nie jest przypadkowa, to miejsce początku i końca, miarodajna próbka przemian wszechświata. Jej mieszkańcy ich losy są jak mozaika, która z bliska wygląda jak relacje zwyczajnych zdarzeń zaś z dystansu jawi się celowym, pięknym obrazem miejsca i czasu widzianym przez pryzmat mieszkańców. Przeżyjemy razem z bohaterami przedwojnie, trudny czas wojenny, zachłyśnięcie się nowym ładem, machlojki czasów socjalizmu, ludzkie lęki, tęsknoty, marzenia i ograniczenia. Na łąkach za Prawiekiem jest granica świata - scena kiedy młodziutka Ruta prowadzi tam Izydora jest jedną z moich ulubionych. Ta para- niemożliwa miłość upośledzonego chłopaka i pięknej dzikiej dziewczyny – oboje z góry skazani na klęskę- wzrusza mnie bardzo. Jest w niej tyle muzyki, subtelności, symbolizmu.
Jak w innych książkach Tokarczuk natura człowieka i dzika Natura to najpotężniejsze siły. Postać Kłoski, moja ulubiona, bezdomnej wiejskiej dziewczyny wykorzystanej i wyplutej poza nawias społeczności, która znajduje swoje miejsce w lesie, by mogła się tam dokonać jej przemiana w Boginię - uzdrowicielkę i matkę - czarownicę, wprowadza do tej książki realizm magiczny. Kłoska pojawia się we wszystkich ważnych momentach Prawieku by przynieść ukojenie, choć ludzie nie rozumieją jej, bo dawno zapomnieli język Natury. To książka z pozoru o wsi, polskiej wsi, ale bogata w symboliczne odniesienia, poruszająca i mądra, momentami gorzka, prawdziwa.  Jak zwykle u Tokarczuk chodzi ( w moim odbiorze) o coś innego niż zwykłe przedstawienie losów mieszkańców Prawieku, tego ginącego świata małych wschodnich wsi, kluczem wydaje się dziwna gra, w którą gra całe życie dziedzic Popielski. To wizja świata, właściwie ośmiu światów jakie stworzył Bóg, Bóg podobny do człowieka - Bóg przemijania, czasu.
W Prawieku nad bramą cmentarza widnieje napis: "Bóg widzi, czas ucieka, śmierć goni, wieczność czeka", „Prawiek i inne czasy” to głęboka refleksja nad czasem i przemijaniem.
Skończyłam ją czytać wczoraj i cały czas myślę o niej, to taki rodzaj książki, z która zostaje się na zawsze.  Zostawia w czytającym ślad nie do usunięcia. Najbardziej lubię takie książki. Nazywam je książkami inicjującymi, bo po ich przeczytaniu nie jest tak samo jak przed, zmieniają świadomość. Jeśli warto czytać- to tylko dla takich książek.
Można „Prawiek i inne czasy” czytać na różnych poziomach, mnie podobał się ten ezoteryczny.
Na koniec fragment przemyśleń Izydora o Bogu...jako próbka tego co możecie znaleźć w opisywanej książce.




Szczerze polecam!

piątek, 3 sierpnia 2018

Jorge Luis Borges - "Złoto tygrysów"



Wydany w 2001 roku z miniaturowej serii zbiór wierszy i krótkich fragmentów prozy poetyckiej zauroczył mnie.  Nie jest tajemnicą, że cenię twórcę „Księgi piasku” nie tylko za jego opowiadania, czy formy prozatorskie. Borges jest znakomitym poetą wciąż jeszcze mało znanym polskim czytelnikom.  Z tej serii co „Złoto tygrysów” ukazały się jeszcze: „Powszechna historia nikczemności”, „Księga piasku”, „Twórca”, „Raport Brodiego”, „Dalsze dociekania”, „Pamięć Szekspira”, „Księga istot zmyślonych”. Wybór wierszy, który znajdziemy w tym tomiku pobudza jedynie apetyt, niestety pozostawiając niedosyt. To zaledwie 76 stron, mini arcydzieł, mądrych, czasami odkrywczych,  takich do wielokrotnego czytania i wielogodzinnego myślenia, tłumaczonych przez Dorotę i Adama Elbanowskich. Wiersze Borgesa są bogate w odniesienia literackie, kulturowe, są smakowite.  Tematami poezji są często książki ich bohaterowie, ale także osoby, które autor zna osobiście. To poezja z jednej strony intelektualna (miłośnicy Herberta mogą się w niej rozsmakować), a z drugiej strony głęboka i nie pozbawiona uczuć, tęsknot autora. Ta poezja broni się sama. Trudno o niej pisać, dlatego zaprezentuję tutaj kilka, by zachęcić do lektury. Polecam!

 Do Smutnego
Jorge Luis Borges
Oto jest, co już było: miecz niezłomny
Saskich plemion, ich wiersza rytm żelazny,
Morza i wyspy, gdzie los nieprzyjazny
Rzucił syna Laertesa, ogromny
Złoty księżyc nad Persją, nieskończone
Ogrody filozofii i historii,
Nagrobne złoto pamięci i glorii
I noce jaśminami odurzone.
To wszystko na nic. Nic cię nie ocali:
Ani wiersze składane pracowicie,
Snu ocean, ani gwiazda w oddali,
Która nie wie, że zgaśnie o świcie.
Jedna kobieta jest ci przeznaczona,
Taka jak inne, ale tylko ona.

***

Susana Bombal

Strzelista o zmierzchu, wyniosła i wzniosła,
W dziewiczym ogrodzie widoczna w świetle
Tej chwili czystej i nieodwołalnej,
Którą ofiarowuje nam ten ogród
I strzelisty, milczący wizerunek.
Widzę ją tu i teraz, ale także
Widzę ją w chaldejskim zmierzchu miasta Ur
Lub jak zstępuje powoli ze stopni
Świątyni, która jest bezkresnym pyłem
Ziemi, a była pychą i kamieniem,
Lub kiedy zgłębia magiczny alfabet
Gwiazd świecących na innych firmamentach,
Albo w Anglii, jak chłonie zapach róży.
Jest zawsze tam, gdzie jest muzyka, w zwiewnym
Błękicie, w heksametrach greckiej mowy,
W samotności, która bez niej jest pusta,
W lustrze wody. W czasie w marmur zaklętym,
W błysku miecza lub w łagodnym spokoju
Tarasu, co w zamyśleniu spogląda
Na dalekie zachody i ogrody.

A ukryta za mitami i maskami
Została dusza, w samotności.

poniedziałek, 30 lipca 2018

Madeline Miller - „Achilles w pułapce przeznaczenia”




Po lekturze ostatniej książki M. Miller ( „Kirke”) postanowiłam znaleźć jej wcześniejsza powieść nagrodzoną Orange Prize, której tytuł w oryginale brzmi „Song of Achilles” i przyznam, że znacznie bardziej mi się podoba, niż tytuł polski. Książka ta okazała się naprawdę trudno dostępna, w żadnej z dwudziestu gdyńskich bibliotek jej nie uświadczysz. Zakup wersji papierowej lub choćby ebooka okazał się też niewykonalny. Wreszcie dobyłam ją w pdfie. W tej formie ją czytałam. I nie żałuję.
Początkowo byłam nieco zdegustowana, Grecja wielu królestw, losy chłopca nie wyróżniającego się niczym nadzwyczajnym… bo głównym bohaterem tej historii nie jest Achilles ale jego ukochany Potrokles. To on opowie nam o herosie. Uczucia, człowieczeństwo w zderzeniu z losem, z niemożliwym do pokonania fatum. W książce „Kirke” autorka wykrawa fragment „Odysei” Homera i czyni z niej powieść przybliżając nam doświadczenia i emocje bohaterów traktowanych przez ślepego poetę nieco po macoszemu. W „Achilles w pułapce przeznaczenia” Miller wykrawa nam smakowity kęs „Iliady” pomijając sprawę konia trojańskiego, a skupiając cała uwagę na wątku Potroklesa i Achillesa. Można by nawet powiedzieć, że jest to powieść o antycznym gejostwie, gdyby nie to, że jest to powieść ( moim zdaniem) o miłości, oddaniu, o zmaganiu z nieuniknionością. Ta książka jest uniwersalna, ma w sobie wszystko to co lubię, odrobinę magii, dużo ciekawych postaci - które znalazłaby swoje żywe kalki w każdym z czasów, bo obrazują ogólnoludzkie cechy, namiętności czy zbrodnie. Mimo, że przynajmniej połowa tej książki dotyczy wojny trojańskiej, autorka nie raczy nas zalewem zbrodni i wynaturzeń, nie unika brutalności, ale też się nią nie karmi.
Było wiele momentów, zwłaszcza pod koniec, kiedy naprawdę byłam wzruszona i z trudem powstrzymywałam łzy ( czytałam ją w podróży). W nawale spraw boskich i ludzkich, heroiczych wyczynów Achillesa tym co wysuwa się na plan pierwszy jest postać Potroklesa, jego spokój, mądrość, wyrozumiałość, ale też współczucie jakim darzy innych ludzi. Achilles jest, mimo swojej sławy, raczej antybohaterem, a Potrokles, ukryty w cieniu, niedoceniany zbiera całą sympatię i podziw czytelnika.
Polecam szczerze tę książkę każdemu kto lubi epickie dzieła, z pewnością się nie zawiedzie. Książki Madeline Miller czyta się sercem, czytane tylko z poziomu intelektualnego nie są aż tak wybitne. Ale gdy otworzyć się na ich ukryte warstwy mogą stać się naprawdę ważnymi lekturami. Wielbicielom jednostrzałowców książkowych odradzam.