piątek, 11 stycznia 2019

Nowy rok, nowe czytelnicze wyzwania i nowe postanowienia

Nareszcie 2019. Choć poprzedni rok był dla mnie bardzo owocny czytelniczo, a i ten zapowiada się nieźle (mam mnóstwo nowych odkryć i stos nowych książek, które czekają), postanowiłam nieco ograniczyć moją obecność na blogu w tym roku. Nie, nie znaczy to, że znudziło mi się dla Was pisać.

W ubiegłym roku opisywałam każdą z książek, która przeczytałam. W tym roku nie mam takiego zamiaru, co nie znaczy, że nic nie będę pisała. Po prostu jako osoba nie tylko czytająca, ale także pisząca zdecydowałam więcej czasu przeznaczyć na własną twórczość. Chcę w 2019 skończyć książkę, którą teraz piszę. I jest to moim priorytetem.
Zatem ogłaszam, że w każdym miesiącu umieszczę listę przeczytanych książek i jeśli zechcecie opiszę jedną z nich. Co to znaczy? No cóż, chciałabym Was, moi drodzy czytelnicy, nieco aktywizować, poprosić, żebyście sami wytypowali książkę, o której będziecie chcieli przeczytać.
Nie jestem pewna czy się uda, ale jak wiecie wierzę w ludzi, a z zwłaszcza tych czytających książki.

Póki co zdradzę, że styczeń zaczęłam od litery H... H jak Hołownia i jak Hesse...
Co będzie dalej przekonacie się pod koniec miesiąca.
Gorąco pozdrawiam i życzę wielu pasjonujących lektur w Nowym Roku 2019!


wtorek, 1 stycznia 2019

Moje czytelnicze podsumowanie roku 2018





W odchodzącym roku przeczytałam 82 książki plus cztery, których nie dokończyłam z różnych powodów ( zapewne wrócę do ich lektury w bardziej sprzyjających czasach). Wyróżniłam szczególnie szesnaście pozycji, które dostały ode mnie najwyższe noty. O wszystkich szesnastu wam opowiem w skrócie, a na końcu umieszczę listę przeczytanych w 2018 książek.


„Demian” H. Hesse – czytałam tę książkę po wielu latach ( mniej więcej dwudziestu pięciu) i nic a nic się nie zdewaluowała, mówi o poszukiwaniu samego siebie, swojej religijności, prawdy o tożsamości. Bohaterami są dwaj młodzi mężczyźni, wywodzący się z innych środowisk, ich relacja i wewnętrzne światy stają się motorem zmian dla przyjaciół.


„Prowadź pług przez kości umarłych” O. Tokarczuk – pierwowzór słynnego filmu „Pokot”, świetnie napisana, zaskakująca, mądra opowieść o kobiecie, która ośmiela się przeciwstawić lokalnej małomiasteczkowej klice myśliwych, ośmiela się czuć i być siostrą Natury.


„Tysiąc prawdziwych słońc” H. Hosseini – poruszająca historia dwóch kobiet, żyjących w Afganistanie, w świecie w którym kobieta traktowana jest jak przedmiot. Opowieść o ich walce, waleczności i miłości. Napisana prze Afgańczyka na emigracji w Wielkiej Brytanii. Prosta i mocna.


„Boginie z Żitkowej” K. Tućkova – dziejąca się na Morawach historia bogiń- lokalnych wiedź- zielarek, szykanowanych przez władze komunistyczne. Znajdziemy tam silne, mądre kobiety, ich straszne koleje losu, walkę o godność i tajemnicę. Ta tajemnica jest w tej lekturze najwspanialsza.


„Śmierć pięknych saren” O.Pavel – okolice drugiej wojny, Czechy, przebojowy sprzedawca odkurzaczy i jego rodzina i wędkarskie pasje. Nigdy nie przypuszczałam, że o rybach można tak pisać! Nigdy nie myślałam, ze książka o wędkarstwie jako jednym z głównych tematów może być poruszająca. To nie tylko ryby, to wojenne losy rodziny żydowskiej, natura przychodząca z pomocą.


„Niekończąca się historia” - M. Ende – książka pozornie dla dzieci, ale zbudowana jak najprawdziwszy mit, na archetypach naszej podświadomości. Prowadzi bohatera po meandrach ludzkich słabości i ścieżek, choć sprawia wrażenie baśni jest książką terapeutyczną, mądrą i głęboką.


„Egipcjanin Sinuhe” - M. Waltari – Wspaniała epopeja o życiu w starożytnym Egipcie, ukazująca bogactwo czasów Echnatona- faraona reformatora. Jest to też autentyczna opowieść o rozwoju, dojrzewaniu bohatera ( uniwersalna w każdych czasach). Bardzo inspirująca, taka do wracania po wielokroć.


„Moje drzewko pomarańczowe” J. M. de Vasconcelos – Powieść pisana sercem, narratorem jest mały chłopiec, półindianin. To dramatyczna opowieść o zmaganiach z życiem małego chłopca, który doświadcza bardzo dorosłych tragedii i jedyne, co go trzyma przy życiu to własna wyobraźnia i małe drzewko pomarańczowe.


„Madame” A. Libera – Polskie powojenne realia, liceum w niedużym mieście. Uczeń zafascynowany nauczycielką z francuskiego, a mimo to książka jest arcydziełem, mimo ogranego tematu. Istne bogactwo odniesień literackich, fascynujące gry intelektualne autora. Uczta dla czytelnika.


„Kirke” JM Miller – Zbeletryzowany mit, albo jego fragment. Rozbudowane głęboko postacie, niejednoznaczne, ciekawe. Książka napisana znakomicie, szeroka epicka perspektywa. Mity potraktowane są jako studnia archetypów i inspiracja afabularna.

„Achilles w pułapce przeznaczenia” M. Miller – kolejna książka oparta na micie, a dokładniej na fragmencie „Iliady”, rzeczywiście to jednak opowieść o miłości, homoseksualnej, pięknej, o współdzieleniu fatum. Wielowarstwowo i dokładnie pokazana postać Patroklesa, przyjaciela- kochanka Achillesa, on jest narratorem i głównym bohaterem, choć zawsze pozostaje w cieniu. Ciekawa perspektywa, jakby „kamera była prowadzona” cały czas z cienia, zza kadru.


„Prawiek i inne czasy” - O. Tokarczuk – To alchemiczna opowieść o malutkiej społeczności, symboliczna, magiczna, swojska lokalna. Tam też jest „centrum rządzenia światem”, Prawiek- ta dziwna miejscowość jest pępkiem świata. Czarodziejska historia, refleksyjna, przenosząca uwagę czytelnika na problem przemijania i czasu.


„Przyczynek do historii radości” - R. Denemarkova – opowieść o bożej sprawiedliwości wymierzanej rękami trzech starszych dam. Niby kryminał, w rzeczywistości powieść metafizyczna. 
Jest w tej lekturze magia, niedosłowna, ale wyczuwalna poprzez metafory ptaków, dziwny pomarańczowy dom, który żyje własnym życiem, niezwykłe umiejętności trzech pań, pojawiające się niewyjaśnione kwestie, niezamknięte furtki


„Ucho igielne” - W. Myśliwski – książka o pamięci jako skarbnicy z której czerpiemy budując swoją tożsamość. Głęboko refleksyjna opowieść o walce młodości ze starością. Poucza nas o uważności każdego dnia, o ulotności istnienia. Jak na tego autora książka lekka, zrzucająca filozofowanie na czytelnika- co akurat mi się podobało.


„Sezon migracji na północ” - At- Tajjib Salih – tajemnicza opowieść dziejąca się w Sudanie, trzyma w napięciu, kusi i niepokoi. Tamtejsze realia mogą być przerażające dla czytelnika z Europy, książka ta niesie ze sobą doświadczenie egzotyki i tajemnicy, a do tego znakomicie napisana.


„Nie opuszczaj mnie” K. Ishiguro – Książka niespodzianka. Potworna niespodzianka, zbudowana z atmosfery gęstej jak mleko. Początkowo zwyczajna, lekka, nieco snobistyczna, kiedy zaczynamy domyślać się prawdy o bohaterach staje się mroczna i trudna, coraz trudniejsza, by nie przynieść ulgi...raczej zostawić we mgle bezradności i smutku. Wspaniale napisana.


Książki przeczytane w 2018 roku:


1. J. Donoso - „Plugawy ptak nocy”

2. Szymborska i Filipowicz – Listy - „Najlepiej w życiu ma Twój kot”

3. L. Cohen „ Pieśni tęsknoty”

4. P. Peju „ Siostrzyczka Ewa od Kartuzów”

5. H. Hesse „ Demian”

6. S. Pennypacker „Pax”

7. O. Tokarczuk „Prowadź pług przez kości umarłych”

8. D. Lodge „British Muzeum w posadach drży”

9. M. Haddon „ Dziwny przypadek psa nocą”

10. K. Hosseini „ Tysiąc wspaniałych słońc”

11. J. Krishnamurti „Rozmowy z samym sobą”

12. Ch. J. Shields „ Zdarza się. Kurt Vonnegut. Życie”

13. A. Gryżewski, P. Pilarski „ Sztuka obsługi penisa”

14. R. Kaur „Miód i mleko”

15. J. Kopińska „Z nienawiści do kobiet”

16. J. Małecki „Dygot”

17. A. Jodorowski „Metagenalogia”

18. K. Tućkova „Boginie z Żitkowej”

19. A. Nin „Delta Wenus”

20. Z. Łagosz „Czyński. Czarny adept”

21. O. Pavel „ Śmierć pięknych saren”

22. O. Pavel „Puchar od Pana Boga”

23. Abe Kobo „Kobieta z wydm”

24. M. Ende „ Niekończąca się historia”

25. O. Pavel „ Jak tat przemierzał Afrykę”

26. M. Darrieussecq „Świństwo( Truizmy)”

27. W. N. Aron „Wysokowrażliwi. Jak funkcjonować w świecie, który nas otacza”

28. M. Waltari „ Egipcjanin Sinue”

29.J. Łańcucka „Stara Słaboniowa i spekładuchy”

30. J. T. Williams „ Kubuś Puchatek i nauki tajemne”

31. J.C. Somoza „Tetrameron”

32. M. Murakami „ Kobiety bez mężczyzn”

33. A. Carter „Magiczny sklep z zabawkami”

34. O. Tokarczuk „Opowiadania bizarne”

35. J. Ficowski „Demony cudzego strachu”

36. W. Gogola „Po trochu”

37. W. B. Yeats „ Poezje”

38. J. Bator „ Ciemno, prawie noc”

39. J. M. de Vasconcelos „ Moje drzewko pomarańczowe

40. K. B. Miszczuk „ Przesilenie”

41. A. Libera „ Madame”

42. K. Ćapek „ Księga apokryfów”

43. G. G. Marquez „Nie wygłoszę tu mowy”

44. M. Vargas Llosa „Fonsito i księżyc”

45. M. Vargas Llosa „ Pochwała macochy”

46. A. Kaczorowski - „Ota Pavel – pod powierzchnią”

47. M. Miller „Kirke”

48. M. Vargas Llosa „Zeszyty don Rigoberta”

49. J. Kornfields „Mądrość serca”

50. N. Fiedorczuk „ Jak pokochać centra handlowe?”

51. M. Vargas Llosa „Listy do młodego pisarza”

52. P,.Wohlleben „instrukcja obsługi lasu”

53. M. Miller „Achilles w pułapce przeznaczenia”

54. J.L. Borges „Złoto tygrysów”

54. R. Denemarkova „Przyczynek do historii radości”

55. C. Faulkner „Znaki”

56. J. Tanizaki „Dziennik szalonego starca”

57. W. Kuczok „Obscenariusz. Wypiski z ksiąg nieczystych”

58. W. Kuczok „Spiski. Opowieści tatrzańskie”

59. P. Modiano „Willa triste”

60. F. Lenoir „Kryształowe serce”

61. K. Prewęcka „Mag. Stefan Ossowiecki”

62. M. Winczewski „Zdejmowanie klątw i uroków”

63. P. Nilsson „Inny niż wszyscy”

64. M. Szczygieł „Kaprysik. Damskie historie”

65. J. Balabel „Zapytaj taty”

66. F. Lenor „Dusza świata”

67. At – Tajjib Salih „Wesele Zajna”

68. W. Reymont „ Wampir”

69. W. Myśliwski „Ucho igielne”

70. P. Sławoniuk „Jasnowidz w salonie”

71. At – Tajjib Salih „Sezon migracji na północ”

72. S. Ossowiecki „Świat mego ducha i inne wizje”

73. K. Nosowska „ A ja żem jej powiedziała”

74.B. Gawody „Czarodziej snów”

75. K. Yosunari „Tysiąc żurawi. Śpiące pięknosći”

76. F. Pessoa „Poezje zebrane Alberta Caerio”

77. J. M de Vasacncelos „ Rozpalmy słońce”

78. J. M de Vasacncelos „Na rozstajach”

79. „Małe eksperymenty ze szczęsciem. Sekretny dziennik Hendrika Groena lat 83 1/4”

80. O. Tokarczuk „E.E.”

81. H. Pasterny „Tandem w szkocką kratkę”

82. K. Ishiguro „Nie opuszczaj mnie”





piątek, 28 grudnia 2018

Kazuo Ishiguro - ”Nie opuszczaj mnie”



To nie jest romantyczna książka o miłości, zamiast słodkich historii znalazłam tam odwieczne pytania o człowieczeństwo, o prawo do ingerencji w naturę? O kondycję człowieka? Co sprawia, że jesteśmy ludźmi: miłość, sztuka, wolność?
To historia, która zaczyna się w osobliwej, elitarnej szkole, początkowo są to opowieści o przeszłości bohaterów, zwyczajne, a jednak ważne. Drobne przeżycia, które wywierają wpływ na nasze relacje z innymi, wspomnienia, lęki. Narratorką jest dorosła Kath, która snuje opowiadania o czasach szkolnych. Po pierwszych stu stronach pomyślałam: „Ta książka to coś jak „Buszujący w zbożu””.
Bardzo się pomyliłam, im więcej dowiadujemy się o szkole z internatem w Hailsham, tym bardziej włos jeży się nam na karku. Zaczyna być mrocznie i dalej tylko to wrażenie będzie się nasilało. Ludzkie uczucia, subtelne relacje, niewinne problemy, nadzieje wszystko to zmienia się wraz z dojrzewaniem trójki bohaterów Kath, Ruth i Tommy’ego. Dojrzewaniem do wiedzy i prawdy.
„Nie opuszczaj mnie” ukazała się w 2005 roku, to futurystyczna fikcja albo świat alternatywny, przynajmniej taką mam nadzieję. Jest piękna, mocna, momentami bezlitosna (ten sposób przedstawienia kojarzy mi się z „Podręczną” Atwood), jakby sięgała gdzieś bardzo, bardzo głęboko ze swoim pytaniem o to kim jest człowiek, co czyni go lepszym, co czyni człowieka człowiekiem?
Nie chcę ujawnia zbyt wiele fabuły, bo mistrz Ishiguro kilka razy mnie zadziwił w trakcie lektury i nie pozbawię was dreszczyku zaskoczenia.
Literatura najwyższych lotów, pod każdym względem. To bardzo smutna książka, ale z pewnością jedna z najlepszych jakie w tym roku czytałam.
Nasuwa mi się też analogia do filmu „Atlas chmur” i jednej z przedstawionej tam wizji przyszłości. Na podstawie książki „ Nie opuszczaj mnie” nakręcono film, który miał swoją premierę w 2011 roku.
Boję się tej wizji, którą opowiada Kazuo Ishiguro, mogę mieć tylko nadzieję, że się nie spełni.
Polecam prozę Kazuo Ishiguro, a szczególnie „Nie opuszczaj mnie”

środa, 26 grudnia 2018

Hanna Pasterny - „Tandem w szkocką kratkę”



Książka ta została mi polecona jako opowieść o niewidomej pisarce i Szkotce, profesorce uniwersyteckiej z Zespołem Aspergera i ich trudnej przyjaźni. Ponieważ z osobistych przyczyn interesują mnie książki gdzie mówi się o Zespole Aspergera sięgnęłam po nią. Pierwsza połowa książki dłużyła mi się niemiłosiernie, nie wiem, czy to jest specyfika książek pisanych przez osoby niewidome ( autorka i równocześnie jedna z bohaterek, bo to książka autobiograficzna, jest niewidoma od urodzenia)?  W zasadzie to relacja, coś co ma bliżej do reportażu niż literatury pięknej. Konkretna, odarta z uczuć historia - taka wydała mi się początkowo, jakby autorka nie miała talentu literackiego albo podobnie jak niewidomi ustalała punkty orientacyjne i przesuwała się po prostej od jednego do drugiego takiego punktu. Muzyk by powiedział, że „gra po czarnych”. To męczące dla słuchacza i dla czytelnika.
 Dopóki działania Hani- głównej bohaterki i autorki były na pierwszym planie „Tandem w szkocką kratę” stanowił dla mnie lektura sztywną i nieciekawą, kiedy w drugiej części na pierwszy plan wysunęła się postać ekscentrycznej pani profesor Helen z Glasgow akcja ruszyła z miejsca i ta dynamika utrzymała się aż do końca. Książkę wydało wydawnictwo „Credo”, autorka dużo pisze o swojej religijności, w zasadzie ta religijność czyni postać Hani wyrazistą, bo poprzez opisywane zdarzenia trudno jest ją sobie wyobrazić jako człowieka z krwi i kości. Obie bohaterki łączy niepełnosprawność i dodatkowo praca dla osób niepełnosprawnych. Helen tworzy wynalazki udogadniające życie niewidomych i osób głuchych, Hania pracuje w Fundacji zajmującej się pracą na rzecz osób niepełnosprawnych.  Rozdział po rozdziale poznajemy perypetie Helen w kraju nad Wisłą, a poznając je dowiadujemy się coraz więcej o tym czym jest Zespół Aspergera dla dorosłej osoby ( jest na ten temat bardzo mało publikacji) i jak utrudnia jej to funkcjonowanie w społeczeństwie.
Znalazłam kilka wartościowych stron „Tandemu w szkocką kratkę”- nie jestem pewna czy można ją nazwać powieścią - pokazuje świat ludzi dotkniętych różnymi niepełnosprawnościami, ich emocje i trudny z jakimi spotykają się każdego dnia, to zupełnie nieznana mi perspektywa. Otwiera oczy. Po drugie niezwykłe jest zderzenie dwóch religijności - Helen, ortodoksyjnej Żydówki i Hani, katoliczki poważnie zaangażowanej w swoją wiarę. Na samym końcu wymienię, choć może powinnam to napisać na pierwszym miejscu, studium ich przyjaźni - nie łatwej- wymagającej od obu stron  nie tylko przekroczenia własnej strefy komfortu, ale i ograniczeń wynikających z niepełnosprawności. Można odnieść wrażenie, że Helen wymaga od Hani rzeczy niemożliwych, a Hania ma czasami wielkie problemy by zaakceptować „dziwactwa” swojej szkockiej przyjaciółki.
Wszystkie zdarzenia opisane w książce zdarzyły się naprawdę.
To ciekawa pozycja, inna niż większość czytanych przeze mnie. Polecam szczególnie zainteresowanych tematem niepełnosprawności.

piątek, 14 grudnia 2018

"Małe eksperymenty ze szczęściem. Sekretny dziennik Hendrika Groena lat 83 i ¼”- autor nieznany


„ Życie to układanka z pięciu tysięcy elementów, do której nie ma rysunku, co trzeba ułożyć”.


Jest coś przygnębiającego w domach starców, mimo to właśnie tam toczy się akcja książki. Bohaterem (autorem?) powieści - dziennika jest dziarski elegancki staruszek, który nie zamierza dać się łatwo ograniczeniom swojego wieku. To opowieść o holenderskim Domu Spokojnej Starości (ośrodku raczej z dolnej części listy najlepszych domów tego rodzaju) , a dokładniej o grupie jego mieszkańców, którzy postanowili żyć inaczej niż wyznaczają to regulaminy placówki. Zakładają oni tajny klub, w którym oprócz spotkań i wycieczek jedną z pierwszy zasad jest nie narzekanie i zakaz rozmów o chorobach. Tworzą swoją mała społeczność, która chce żyć godnie i radośnie. Do końca zachować swobodę myśli i czynów. Chcą żyć pełnią, swoją mocno ograniczoną „pełnią” życia. Wierzą w przyjaźń do grobowej deski, co w ich przypadku brzmi prawdopodobnie. Ten dziennik czasami bywa nudny, tak jak monotonne jest życie starszego pana, ale nie raziła mnie owa nuda, która stanowiła o autentyczności.
Zaczęłam czytać tę książkę po stracie bardzo bliskiej osoby, nic innego nie potrafiłam czytać. Głos narratora „Małych eksperymentów ze szczęściem” koił mój ból. To mądra książka, autor ( w zasadzie nie wiadomo kto jest autorem!) ma w sobie zrozumienie typowe dla starych ludzi, dystans, pobłażliwość, ale nie ma goryczy, malkontenctwa- dlatego czyta się tę książkę z przyjemnością. Daje spokój, pozwala oswoić się ze starością, pokazuje zwyczajne codziennie problemy staruszków, maluje świat z ich perspektywy. Nie spodziewałam się zaczynając czytać tę książkę ( początkowo szło mi jak po grudzie), że uznam ją za wartościową, mądra i liryczną. Podobała mi się naturalność z jaką opowiedziana jest starość i śmierć. Bez patosu, bez filozoficznych udziwnień, bezpośrednio, bez znieczulenia. Jak napisał Joyce: „Rodzisz się, umierasz, a cała reszta jest formą spędzania wolnego czasu”
Polecam serdecznie! ( Zamierzam przeczytać drugą część)

wtorek, 20 listopada 2018

Jose Mauro de Vasconcelos - „Na rozstajach”


Ostatnia książka autobiograficznego z cyklu o Zeze. Właściwie trudno nazwać ją powieścią, to raczej nowelka (83 str.), impresja poświęcona przybranemu ojcu chłopca i krótkiemu czasowi, kiedy wraca on po przerwanych studiach medycznych do domu. Nie jest tak pasjonująca jak poprzednie dwie części, trochę nawet rozczarowuje. Bohater się postarzał ( ma już dziewiętnaście lat!) i wyobraźnia już nie modeluje jego życia, teraz liczą się dziewczyny, pływanie i odnalezienie swojej drogi. Z tym ostatnim jest najtrudniej, zwłaszcza gdy w duszy gra indiański zew pchający ku morzu i dzikiej naturze, a niespokojne myśli każą kwestionować racjonalne rozwiązania.
Najładniejsza w książce „Na rozstajach” jest opowieść o rodzącej się miłości przybranego syna do ojca, który go przygarnął (w poprzedniej części chłopiec buntował się przeciw niemu).
Vasconcelos - mistrz opisywania emocji - delikatnie przemyca w pozornie zwyczajnych dialogach drobinki uczuć, które budują nastrój.
Żałuję, że w Polsce ukazały się tylko trzy książki tego autora, w krajach łacińskich jest on bardzo popularny. Pozostaje mi tylko wyrazić nadzieję, że doczekam tłumaczeń innych jego powieści.

sobota, 17 listopada 2018

Jose Mauro de Vasconselos – „Rozpalmy słońce”



To jeden z moich ulubionych autorów, takich, którego książki zabrałabym na wyspę bezludną i czytała wiele razy, wzruszając się i przeżywając je tak samo mocno za każdym razem. Bo to literatura emocjonalna, pisana sercem. Ci, którzy czytali „Moje drzewko pomarańczowe” znają już głównego bohatera tego cyklu – chłopca imieniem Zeze, dziecko o wielkiej wyobraźni i złotym sercu. Nie wiem jak robią to autorzy iberoamerykańscy, ale w większości mają taką zdolność, że czytając ich powieści czuję się zanurzona w życie bohaterów, nie mam poczucia bycia obserwatorem, doświadczam ich życia w pełni, mocno, czując wszystkie emocje, od smutku, bezradności, po złość, czy radość. Osobiście uważam, że to cecha dobrej prozy - możliwość wniknięcia w świat książki tak głęboko, że trudno wrócić do własnej rzeczywistości. Z takiej książki wychodzi się kilka dni ( nie można wtedy czytać nic innego, nieustannie się myśli i żyje jeszcze nią). Nazywam to książką pełnokrwistą.

W „Rozpalmy słońce” Zeze jest już chłopcem kilkunastoletnim, wychowuje się w przybranej rodzinie, ale większość czasu spędza w szkole prowadzonej przez zakonników.  Jak zwykle psoci, co niemiara i zdarzają mu się najróżniejsze przygody. To historia dojrzewania, nie ciała ale serca, a może duszy Zeze. Poznamy w niej czarodziejską ropuchę i filmowego gwiazdora, który stanie się iluzorycznym tatą głównego bohatera. Podobnie jak w książce „Moje drzewko pomarańczowe” fantazja chłopca pomaga mu przetrwać w ciężkich chwilach i choć jego życie bardzo się zmieniło wciąż jeszcze czuje się niechcianym indiańskim dzieciakiem, po którym  można się spodziewać wszystkiego najgorszego. Podoba mi się jak ukazana jest specyfika tamtego czasu i miejsca - akcja toczy się w latach trzydziestych w niedużym mieście w Brazylii.  W przeciwieństwie do „Mojego drzewka pomarańczowego” druga powieść z tego cyklu jest o nadziei, przyjaźni, znalazłam w niej bardzo dużo ciepłych obrazów, jest mniej dramatyczna.
Czytając „Rozpalmy słońce” to śmiałam się, to płakałam. Ta książka nie pozostawia obojętnym, jeśli ktoś ma duszę dziecka będzie nią oczarowany, myślę, że ona jest adresowana do takich dorosłych, którzy nigdy nie przestali widzieć sercem. Nie chcę zbyt wiele o niej pisać, szczerze polecam, sięgnijcie po tę książkę, a losy Zeze was zauroczą.

czwartek, 15 listopada 2018

Olga Tokarczuk - „E.E.”



Tokarczuk wydaje się być pisarką, która mnie dotąd nie zawiodła. Jej powieść „E.E.”, której akcja toczy się na początku dwudziestego wieku, w czasach szczególnie przeze mnie ulubionych, kiedy kwitła moda na spirytyzm, okultyzm i seanse domowe, tym razem podejmuje temat dla siebie nie typowy, a mianowicie fenomen mediumistyczny młodej panienki - Erny Eltzner. Historia toczy się w niemieckim Wrocławiu. W rodzinie przedsiębiorczego fabrykanta branży tekstylnej jedna z jego licznego potomstwa zaczyna nagle widzieć duchy. Jej matka, z pochodzenia Polka, osoba wrażliwa i artystycznie uzdolniona postrzega w tym nagłym objawieniu dar od Boga. Wokół młodej Erny zaczynają gromadzić się ludzie zainteresowani spirytyzmem, a także ci, którzy traktują dziewczynę jak ciekawy przypadek medyczny. 
Książkę czyta się szybko i łatwo ( raptem 206 str), doskonały styl pisarski, plus wiedza na temat opisywanych czasów dawały mi momentami silne skojarzenia z książką Reymonta „Wampir”, która czytałam nie tak dawno, a której autor jak już wspominałam sam uczestniczył w podobnych spotkaniach.
Oprócz pierwszoplanowych postaci urzekły mnie bliźniaczki - młodociane czarownice- siostry Erny. Powieść przybliża opisywaną epokę i świetnie obrazuje ludzkie charaktery, uwagę przykuwa postać młodego lekarza Artura, badacza „przypadku E.E”. Atmosfera książki wydaje się nieco oniryczna, sporo w niej opisów snów głównej bohaterki - jest ona opisana tak, że czytelnik sam ma ochotę podjąć się psychoanalizy jej przypadku.  Zwróciłam też uwagę na historyjkę o Freudzie i epizodzie z jego matka w pociągu we Wrocławiu, epizodzie, który prawdopodobnie stał się w umyśle wielkiego psychologa ziarnem, z którego wyrosła jego teoria.
Nie można się uskarżać na nadmiar akcji w tej książce, wprost przeciwnie, akcja jest ledwie naszkicowana, powieść jest opisem przypadku Erny Eltzner, to zaleta i wada tej książki, jednocześnie.
Mnie brakowało nieco akcji, chciałam, żeby coś się stało, by zaistniały jakieś interakcje między bohaterami, którzy opisywani osobno wydawali się oddzielni i nie wchodzący w kontakt, ale zapewne taki był zamysł Tokarczuk.

Polecam książkę Olgi Tokarczuk „E.E”, wydaną w 1995 roku, która moim zdaniem, bardzo się różni od tego co autorka pisze obecnie.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Fernando Pessoa - „Poezje zebrane Alberta Caeiro”





Uważany za najwybitniejszego portugalskiego poetę XXego wieku Pessoa pisał pod wieloma nazwiskami, sam zapoczątkował użycie heteronominu - czyli alternatywnej osobowości ( także życiorysu) i wielokrotnie z nich korzystał. Był barwną postacią, uważany za twórcę modernistycznego ( żył w latach 1888- 1935), moim zdaniem prezentował poglądy wyprzedzające przynajmniej o sto lat sobie współczesnych. Znalazłam w nich duchowość buddyjską, suficką i współczesny nurt psychologiczny związany z Ekhartem Tolle.  Zbiór poezji, który właśnie skończyłam przypomina mi poprzez skojarzenia odrobinę ducha Whitmana, jest w nim umiłowanie natury, prostota, szczerość, jednocześnie jest ateistyczny i związany z symboliką chrześcijańską. Można w tej poezji znaleźć paradoksy filozoficzne ale też prawdziwe olśnienia. Choć tak odżegnujący się od mistyki był według mnie Pessoa właśnie mistykiem, czyli takim człowiekiem, który nie potrzebuje pośredników, instytucji, kościołów by doświadczać sacrum, by stać się jego częścią. Sam pisał o sobie, że lubi otaczać się światem fikcji, stąd wymyślanie swoich nowych poetyckich tożsamości ich perypetii i okoliczności życia, śmierci. Jakby przeżywał alternatywne życia w wyimaginowanych rolach. Co niezwykłe, jego wcielenia, wydają się być skrajnie odmienne - podobnie jak poezja którą reprezentują, świadczy to o niezwykłej wszechstronności Possoa, o oryginalności i dystansie do świata. Samo nazwisko Pessoa - znaczy osoba - choć to prawdziwe nazwisko autora wydaje się ono relatywizować kwestię tożsamości poety, być może jego samego ten fakt pchnął do poszukiwań innych nazwisk i osobowości. Skoro bowiem nazywał się Pessoa, mógł nazywać się jakkolwiek...
W tomie „Poezje zebrane Alberta Caeiro” zostaje nam zaprezentowany talent poetycki młodego wieśniaka - Alberta Caeiro, którego dokładny opis życia znajdujemy w książce. Można ulec złudzeniu, że mowa tu o odkrytym przez Pessoa, na zapadłej wsi, młodym talencie. Caeiro pisze prosto, jest w jego wierszach naiwność, a może raczej niewinność, negacja intelektualizmu, zwrot ku naturze jako źródle zrozumienia. Żyje tu i teraz, każde doświadczenie jest świeże, jednorazowe. Nasza świadomość jest chwilową iluminacją. Twórczość Caeiro jest zaprzeczeniem dekadencji i filozoficznego bełkotu, podając czytelnikowi mądrość na tacy jak wiejskie danie, pełne smaku.
Najlepiej będzie kiedy sami spróbujecie poczytać – Polecam!







niedziela, 11 listopada 2018

Kawabata Yasunari - „Tysiąc żurawi. Śpiące piękności"



Nie rozumiem Japoni, choć jej tradycja i kultura potrafi mnie zachwycić. Tak też było z tą książką. Polecano mi ją od dawna i z wielką radością zabrałam się za lekturę. Najpierw przeczytałam nowelę „Śpiące piękności”, a dopiero potem „Tysiąc żurawi”. Będzie mi bardzo trudno opisać te dwie opowieści Kawabaty, mimo to spróbuję.
„Śpiące piękności" to poetycka opowieść o przybytku rozkoszy dedykowanym starym mężczyznom. Można w tym domu, nad morskim brzegiem, spędzić noc z nagą pięknością, która nic nie będzie o tym wiedziała. Dziewczęta usypiane są specyfikiem, sprawiającym, że aż do rana nic nie jest w stanie ich zbudzić, starsi panowie - starannie selekcjonowani- mają zachowywać się jak należy, żadne nieprzystojne gesty nie będą akceptowane. Dziewczęta są jak żywe lalki. Wszystko jest dokładnie obwarowane zasadami. Główny bohater Eguchi nie jest jeszcze tak stary i w tych sprawach wykazuje wiele wigoru.  Udaje się do domu śpiących piękności za sprawą znajomego, który go poleca. To czego tam doświadcza okazuje się być równie pięknym co nieoczekiwanym.
Nie będę zdradzała co go spotkało w świątyni zmysłów, ale mogę dodać od siebie, że język opisów jest wysmakowany, obrazowy, czyta się z satysfakcją, a nawet przyjemnością. Można mieć wrażenie, że znajdujemy się razem z bohaterem w pokoju o czerwonych aksamitnych zasłonach. Fascynuje mnie opisywana kultura japońska, „wszystko według reguł”, a jednocześnie umiłowanie detali- nadawanie znaczeń każdemu szczegółowi. Od kształtu czarki do herbaty po zmieniające się w zależności od aury obrazy na ścianie.
Na kilkudziesięciu stronach „Śpiących piękności” doświadczamy kontrastu piękna - brzydoty, siły- młodości i niemocy starości, jest jeszcze element spinający wszystko – neutralna, działająca jak automat Gospodyni Domu Rozkoszy, będąca ucieleśnieniem zasad i ducha formalizmu. Jej chłód  bezwzględność kojarzą mi się ze śmiercią - która tez bywa gościem tego domu. Bo czy wszystko jednak da się zamknąć w regułach, czy życiem, tak starym, jak młodym da się gospodarować jak ogrodem?

Druga, znacznie dłuższa nowela, może raczej mini- powieść „Tysiąc żurawi” jest obrazem zagmatwanych uczuć głównego bohatera i kilku ważnych dla niego kobiet. Kikuji, po śmierci ojca spotyka się z jego przeszłością, ona wdziera się w jego życie i targa nim jak drzewem. Nie spodobał mi się Kikuji, ze swoim niezdecydowaniem, rozlazłością i podatnością na chwilowe stany emocjonalne. Ta opowieść, mimo licznych elementów, które odnoszą się do tradycji - pawilony herbaciane, sztuka ikebany, ceremonia herbaciana, tradycyjne stroje, zasady zawierania małżeństw, spora doza wiedzy o rodzajach porcelany i jej zastosowania w sztuce parzenia herbaty – i które mnie zaciekawiły, nie podobała mi się. Jej akcja rozgrywa się w długim czasie, przejścia między rozdziałami są czasami tak niejasne, miałam kilka momentów kiedy wracałam bo wydawało mi się, że chyba czegoś nie doczytałam, bo nie rozumiałam bohaterów i ich zachowań. Jest w tej historii niewątpliwie tajemnica, dużo dużo mgły i Japonia… no i miłość, bardzo dziwna , bo autodestrukcyjna, miłość poprawnie odsuwająca się w kąt wobec prymatu zasad.

Kawabata Yasunari pisze pięknie, jeśli szukasz Japonii- tej tradycyjnej, ale już współczesnej, sięgnij po niego. Dla nieprzygotowanego czytelnika, takiego jak ja może być męczący. Nie jest on tak europejski jak choćby Murakami, bliżej mu do Abe Kobo, choć opisuje osoby należące do innej klasy społecznej. Według mnie, ta książka ma znacznie więcej zalet niż wad. Polecam!

niedziela, 4 listopada 2018

Barbara Gowdy - „Czarodziej snów”





Barbara Gowdy jest pisarką kanadyjską, mimo to książka „Czarodziej snów” jest amerykańska na wskroś, a może ta kanadyjskość od amerykańskości nie różni się aż tak bardzo z perspektywy Polski? Angielski tytuł tej powieści to „Mister Sandman” ukazała się w Kanadzie w 1995 roku, na polski przetłumaczyły ją Marlena Justyna i Beata Gontar i w 2000 roku została wydana przez Zysk i S-ka, w serii z Kameleonem.
Akcja toczy się w latach 50 - 70 dwudziestego wieku. Poznajemy losy rodziny Canary, ojca Gordona, mamy Doris i ich córek Zojea, Marcy i tajemniczej, upośledzonej Jo. W tym stanie wiedzy zaczynamy lekturę, by z każdą stroną i rozdziałem dowiadywać się więcej i więcej o skrywanych doświadczeniach domowników. To coś w rodzaju serialu, którego podtytuł mógłby brzmieć: Seksualne sekrety państwa Canary. Życie tej rodziny kręci wokół życia seksualnego, wypieranych preferencji, ukradkowych romansów itd. Za wyjątkiem jednej osoby - małej Jo, która jest naprawdę córką swojej „siostry” Zoji, adoptowaną potajemnie, przez dziadków by uniknąć skandalu. Jo rodzi się inna - nie mówi, ale szybko czyta, wydaje się przenikać myśli członków rodziny i być jednym elementem, który ich ze sobą łączy naprawdę. Dziewczynka ma białą skórę i jasne, prawie białe włosy, oczy ukrywa pod okularami przeciwsłonecznymi, z którymi się nie rozstaje. Sama uczy się grać na pianinie i gra ze słuchu wszystko co usłyszy, jest genialnie uzdolniona muzycznie. Całymi dniami gra Bacha. Jo mieszka w szafie - znaczy spędza tam większość czasu, tam ukrywa się przed światem. Domownicy przychodzą się jej zwierzać, siadają przed szafą jak przed konfesjonałem i wyznają swoje sekrety, których w tej rodzinie nie brakuje, bowiem każdy z jej członków żyje w hipokryzji.
Postać Jo jest bardzo ciekawa, ale moim zdaniem autorka mogłaby ją rozbudować (miałam niedosyt!) , co z pewnością zrobiłoby dobrze tej książce. Byłam trochę rozczarowana, że ta mała czarodziejka tylko pod koniec książki, przez krótką chwilę, wchodzi na pierwszy plan, przez większość powieści stanowiąc tylko tło. Tytuł książki tak przykuwający uwagę i dający nadzieję, jest tylko odniesieniem do ulubionego utworu muzycznego Jo „Mr. Sandman”, dałam się mu zwieść. W tej książce jedynie mała, biała Jo jest postacią magiczną, a jeśli działa tam jakaś magia to magia prawdy i katharsis. Bo trzeba przyznać autorce, że świetnie odmalowuje postacie i ich losy, książka napisana wprawnie i łatwo się ją czyta, podoba mi się tez zakończenie narzucające skojarzenia z gracką tragedią. Nie wiem, czy nakręcono na jej podstawie film, ale momentami czułam się czytając ją jakbym widziała bardziej pikantną wersję „Cudownych lat”.
Uważam jednak, że fabuła mogłaby być bardziej urozmaicona, choć możliwe, że życie ludzi w tamtych czasach, kiedy królowała drobnomieszczańska norma, było takie ugładzone, skupione na zachowaniu pozorów przed resztą swojej społeczności.
Mam mieszane uczucia wobec tej lektury. Sami zadecydujcie, czy chcecie po nią sięgnąć.
A poniżej piosenka- motyw przewodni tej książki.




piątek, 26 października 2018

Stefan Ossowiecki – „Świat mego ducha i wizje przyszłości”


O Ossowieckim pisałam nie tak dawno, po lekturze jego biografii autorstwa Karoliny Prewęckiej.  Był postacią znaną w kraju i za granicą w czasach gdy moda na parapsychologię, spirytyzm osiągnęła swój szczyt, czyli w latach dwudziestych i trzydziestych. Tym razem sięgnęłam po jego książkę, wydaną w 1933 roku, reprintowaną w 1989.
Inżynier – jasnowidz zrobił na mnie wrażenie już wcześniej, tym bardziej byłam ciekawa co ma do powiedzenia czytelnikowi on sam. „Świat mego ducha...” to obszerna pozycja licząca 367 stron, znaczną część zawartości tej książki stanowią opisy i dokumentacje eksperymentów z udziałem Ossowieckiego i opisy jego nadnaturalnych ingerencji, czy wizji, wszystkie potwierdzone przez świadków.
Początkowo byłam rozczarowana tą książką, pierwsze 50 stron to wykładnia światopoglądu autora, który mimo swojej działalności, był bardzo zaangażowanym katolikiem. Jako sceptyk i agnostyk miałam momentami dość wizji Chrystusa zbawiciela świata na wszystkich poziomach wibracji energii. Poglądy Osswieckiego wydały mi się mieszaniną chrześcijaństwa, teozofii ( teozofii tam jest dużo!), własnych doświadczeń i wizji. Zaciekawił mnie dopiero kiedy zaczął przytaczać fakty z życia wielkich ludzi. Autor uważa, że istnieją trzy kategorie ludzi, którzy mają wpływ na świat, którzy przekraczają granicę pospolitego rozumienia, dotykają transcendencji. Te trzy rodzaje ludzi to: geniusze, ludzie Opatrznościowi ( To tacy, którzy rodzą się po to by pchnąć do przodu historię- by coś konkretnego w określonym czasie zrobić, np. Aleksander Macedoński, Juliusz Cezar, Napoleon itp. Są narzędziami Opatrzności.) i jasnowidze- obdarzeni szczególnym darem. Poświęca sporo uwagi argumentacji swojego podziału i opisuje ewolucję rozwoju świadomości Ducha na ziemi.
Naprawdę zainteresowałam się tą książką wtedy gdy autor zaczął pisać o swoim życiu i własnych  doświadczeniach. Pisze bezpośrednio, bez pychy, ciepło wyrażając się o swoich mentorach zwłaszcza o starym cadyku Wróblu z Homla. Czytałam tę książkę próbując zobaczyć, poczuć jaki był Ossowiecki, skąd się u niego wzięły takie nadzwyczajne zdolności, bo wierzę, że je posiadał.

 Zobaczyłam człowieka skromnego, ciepłego, życzliwego, ale nie lekkomyślnego, nie skorego do mieszania się w politykę czy sprawy sądowe, cudze sprawy. Nigdy sam nie narzucał się ze swoimi „usługami”, pomagał jedynie gdy ktoś poprosił, nie brał za to ani złotówki, twierdząc, że otrzymał te zdolności za darmo i niegodziwe byłoby brać za ich używanie pieniędzy. Nie był odrealniony ani natchniony, może czasem roztargniony, ale nie miał w sobie nic z fanatycznego kaznodziei. Nikogo nie nawracał na swój sposób widzenia świata. Zadziwiła mnie jego praktyczna, wręcz skrupulatna potrzeba księgowania dowodów swoich doświadczeń. Jest ich tyle w książce, że stanowią one 2/3 całości. Czyta się o nich z zaciekawieniem, są opisy rożnych sytuacji, od osób poszukujących bliskich, po sprawy kryminalne ( tych jest mało- bo Ossowiecki nie lubił wtrącać się w takie sprawy), po eksperymenty naukowe przeprowadzane na różnych uczelniach z jego udziałem. Czytanie myśli, czytanie zapieczętowanych listów bez ich dotykania, odczytywanie losów ludzkich… Ossowiecki wierzył w Przeznaczenie, w jego porządek, sam uważał się za kogoś kto został hojnie obdarowany, więc dzielił się swoim darem. Był przyjacielem całej śmietanki towarzyskiej ( serdecznie lubili się z Piłsudskim). Mimo tego co pisałam o jego światopoglądzie chrześcijańskim ( przypomina mi to Swedenborga - innego mistyka i jasnowidza) miał dużą słabość do kobiet i seksu ( kobiety go uwielbiały) miał 4 albo 5 żon… źródła podają różne liczby.
Książka jest pasjonującą lekturą, napisaną językiem jakim mówiono przed wojną, więc czasami można się zdziwić, zwłaszcza jeśli chodzi o ortografię. Czyta się przyjemnie, autor sam jest tak intrygujący, że choćby z jego powodu warto po tę książkę sięgnąć - jeśli oczywiście interesują was, tak jak mnie lata międzywojnia. Polecam!

czwartek, 25 października 2018

Katarzyna Nosowska - „ A ja żem jej powiedziała”



„ Jesień życia jest pięknie zaprojektowana przez naturę. Ciało się zmienia. Obserwujesz tę przemianę każdego dnia w lustrze. Ciało jest pojazdem, w którym przemieszczamy się po osi czasu. Pewnego dnia stanie. Chodzi o to by wysiąść z niego bez żalu. Podziękować za wygodną przejażdżkę i pójść dalej.” ( „A ja żem jej powiedziała”)



Nie miałam tej książki w planie, wypadła w moje ręce przypadkiem, wprost z tekturowego pudła z prezentem urodzinowym. No dobra, pomyślałam, lubię Nosowską, cenię jej talent, poczucie humoru, zatem przeczytam. Problemem było to, że wcześniej docierały do mnie bardzo negatywne recenzje tej pozycji. Postawiałam przeczytać ją zatem z przekory - to dobra motywacja- zwłaszcza dla tej książki.
Nosowska lubi pisać i pisze zgrabnie, jej szalone poetyckie konstrukcje, znalezione wewnątrz kolorowej książki, szczerze mnie bawiły. Nie traktowałam tej książki dosłownie, bo chyba nie o to chodziło. Wyjadałam ją jak pyszny owoc szukając pestki mądrość, która gdzieś tam musiała się skrywać. I była! Nie tak wielka jak się spodziewałam, ale jednak!
Ta książka to głos mojego pokolenia kobiet, którym bliżej do menopauzy niż szczęśliwej miłości, które walczą, zmagają się z życiem i z sobą. Książka „ A ja żem jej powiedziała” to właściwie zbiór felietonów, o wszystkim tym, czym żyje artystka przed pięćdziesiątką. Artystka neurotyczna, perfekcjonistyczna, wymagająca od siebie istnych cudów. Jak ja to dobrze nam. I to nieustanne zmaganie z tym, że nie jestem taka jak inni chcieliby żebym była, a co gorsza nie jestem taka jak sama chciałabym być. Wiele lat się bawiłam w te metafizyczne zapasy z moim ego. Na szczęście podobnie jak autorka znalazłam sposób by się z sobą ułożyć, na warunkach dogodnych dla obu stron.
Można powiedzieć, że Nosowska nie odkrywa w tej książce żadnej Ameryki- ale tu przecież nie chodzi o odkrycia, traktuję tę książkę jako rodzaj podzielenia się własnymi przemyśleniami, fobiami, rozwiązaniami. Znajdziemy tam rozdziały o związkach, starości, o fobiach, o seksie, o problemach z nadwagą( temu pani Katarzyna poświęca sporo uwagi), o religii, o książkach….

„ A ja żem jej powiedziała” to wykrojony przez autorką, jej własną ręką, fragment siebie i podany, w całkiem zacniej oprawie graficznej, na talerzu czytelnikowi. To nawet jakiś rodzaj romansu z autorką. To książka jest autentyczna, zabawna, szczera, czasami nie zgadzałam się z Nosowską, ale wierzyłam jej, że to o czym pisze przeżywa lub przeżywała naprawdę. To bardzo istotne.
Jestem pewna, że osobom z jej pokolenia czytającym z humorem, bez oczekiwań (że jak Nosowska coś napisze to musi być już uniwersalna prawda!), dla przyjemności czy rozrywki ta książka się spodoba. Uważam, że  „ A ja żem jej powiedziała” to bardzo zgrabna lektura, a do tego nie głupia i zabawna. Czekam na kolejne książki pani Nosowskiej! Polecam!