poniedziałek, 16 lipca 2018

Natalia Fiedorczuk – „Jak pokochać centra handlowe”



„Macierzyństwo ma w Polsce tradycję uświęconą a jednocześnie wiele jego kluczowych aspektów bywa spychanych na margines życia społecznego” - pisze Fiedorczuk w posłowiu. „Wymagania którym musi sprostać kobieta ( coraz częściej tez mężczyzna, ojciec) robią się coraz bardziej wyśrubowane i absurdalne.”
Książka „Jak pokochać centra handlowe” jest debiutem nagrodzonym Paszportem Polityki w 2016 roku. Czy było za co? Oto jest pytanie. To nieduża pozycja napisana szybkim, twardym reporterskim stylem, narracja pierwszoosobowa, czas teraźniejszy.  Trudno nazwać ją powieścią to wypluwane dni, odczucia, emocje, przemyślenia.
Może nie będzie zbyt eleganckie określenie, ale ta książka jest wyrzygana. Z żalu, bezradności, frustracji z niepewności młodej matki, która doświadcza macierzyństwa i świata wokoło przez pryzmat nieporadności, presji społecznej, kobiety wrażliwej i podatnej na depresje, kobiety która gorączkowo próbuje, jak tonący ocalić siebie, swoje ciało, osobowość.  Temat jest mi znany dogłębnie, przeżyłam to co ona i jeszcze więcej.  Ale nie chcę o tym czytać, nie chcę do tego wracać. To bardzo dobra książka, mocna, bezwzględna, ale jeśli ktoś ma traumę podobną do tej głównej bohaterki, szczerze ją odradzam.
Czytała się szybko, ale czasami czułam bardzo duży dyskomfort, jakby ktoś się przede mną nadmiernie obnażał, albo defekował. Tak wiem – to nieestetyczne. Ale ta książka właśnie taka jest. Bez znieczulenia.
Skojarzyła mi się z tomem impresji Justyny Bargielskiej „Obsoletki” poświęconej podobnej tematyce, jednak zupełnie innej - choć podobnie dla mnie irytującej.  Brzuchy, niemowlęta, koszmary młodych matek, pieluchy, spacery po galeriach handlowych… to nie są sprawy o których chcę czytać. Zgadzam się, że to ważny głos młodej matki- pisarki, że „Jak pokochać centra handlowe?” jest ważna społecznie. To naprawdę dobra książka.
Jednak ja mam ambiwalentne uczucia względem niej. Sami zdecydujcie - czytać, czy nie czytać?

poniedziałek, 9 lipca 2018

Mario Vargas Llosa - "Zeszyty don Rigoberta”




Jeśli jesteś podatny na erotyczne fantazje pisarzy przy tej książce możesz przeżyć wiele rozkosznych chwil. Odżywka dla zmysłów, stymulator wyobraźni i literacka bomba erotyczna. Ale wszystko to podane wykwintnie, przyprawione wiedzą o sztuce, motywem przewodnim jest nowa fascynacja Fonsita ( syna tytułowego Don Rigoberta, którego znamy już z „Pochwały macochy”) mianowicie Egon Schiele i jego twórczość.

W tej książce znajdziemy także epistoły Rigoberta, sny, anonimy, wszystko to wymieszane tak umiejętnie, że zupełnie tracimy pewność, co jest rzeczywiste a co nie rzeczywiste, porywa nas to i unosi. Doznania seksualne są nie tylko filozofią, ale esencją życia Rigoberta. Ich smak, charakter znajduje odzwierciedlenie w formie tej książki. Mario Vargas Llosa buduje zawirowaną, emocjonująca fabułę, którą w bardzo wielkim uproszczeniu można by zawrzeć w zadaniu: Don Rigoberto i Lukrecja próbują wrócić do siebie, po tym jak się rozstali. Pomaga i w tym los i mały chłopiec o diabelskim usposobieniu.

„Zeszyty don Rigoberta” wbrew pozorom nie są lekturą lekką łatwą i przyjemną, nie mają wiele wspólnego z „jednostrzałowcami”. To wymagająca lektura, intelektualne wynurzenia Rigoberta, przeplatane są z opowieściami o jego żonie. Llosa stosuje ciekawy zabieg artystyczny pokazując nam Rigoberta z wielu perspektyw ( poprzez jego listy, zapiski w zeszycie, sny, lęki, fantazje). Podoba mi się jak jest skonstruowana książka, także jej strona edytorska mnie zauroczyła. Wewnątrz książki znajdziemy jako ilustracje szkice Egona Schiele. Okładka mogła by być bardziej wyrafinowana, ale wobec zadowolenia z lektury wybaczę ją wydawcy.

Gorąco polecam!

poniedziałek, 2 lipca 2018

Evžen Boček – „ Ostatnia arystokratka”


Czeski film - kojarzycie to określenie? Taka właśnie jest ta książka. Nie wiadomo o co chodzi, jakby chodziło w zasadzie o nic. Splot zabawnych zdarzeń opowiedzianych z humorem przez narratorkę Marię Kostkę ( dotychczas Amerykankę), która wraz z rodzicami wraca do Czech, gdzie jej ojciec  ( dotychczas profesor literatury- obecnie hrabia) odziedziczył zamek po swoich arystokratycznych przodkach.
Początkowo ta groteska mnie śmieszyła, cały czas czekałam na ten główny wątek, rdzeń książki, na to „coś”, ale tam nic nie ma… akcja snuje się jak duch po zamczysku.
„Ostatnia arystokratka” wydaje się zabawna, choć w pewnym momencie ten humor przestaje bawić i zaczyna nużyć  ta opowiastka, która liczy 250 stron.  Mnie ta lektura rozczarowała, choć lubię tematykę związaną z szlachtą, arystokracją, jestem trochę szlacheckim snobem - ale i ta tematyka  w „Ostatniej arystokratki” mnie zawiodła.
Naprawdę nie wiem co napisać o tej książce - zawiera ona perypetie amerykańskich Czechów w nowo odzyskanym zamku, problemy materialne, personalne, przerost ambicji, nieszczęśliwe sploty wypadków, a przede wszystkim autor skupia się na próbie przywrócenia zamkowi i rodzinie dawnej świetności przy pomocy rezolutnej pani Milady, która ma szósty zmysł marketingowy i spore doświadczenie.  Temat wydaje się ciekawy, mogę sobie wyobrazić jak należałoby go rozbudować by stał się pociągający, mocny, by czytało się z zapartym tchem. Tę książkę czyta się jak zbiór żartów- niby śmieszne, ale nie fascynuje. Doczytałam do końca tylko z przyzwoitości.
Nie polecam, nawet Czechofilom. Szkoda czasu.

czwartek, 28 czerwca 2018

Madeleine Miller - „Kirke”





Dawno nie czytałam tak soczystej i pięknej książki, chyba ostatnio tak weszłam z butami w świat „Egipcjanina Sinuhe”. Od lat interesuję się mitologiami, lubię też baśnie i muszę się przyznać, że postacie Kirke i Medei to moje ulubienice w mitologii greckiej. Miałam więc wysokie oczekiwania wobec powieści Madeleine Miller. W przedsłowiu dowiedziałam się że autorka jest filologiem klasycznym i miłośniczką mitologii antycznych i już na początku poczułam się w dobrych rekach. Nie zawiodłam się. Postacie, znane z Odysei, czy z Hezjoda nabierają tam wyraźnego kształtu. Bogata, ciekawa postać głównej bohaterki, tytanki - córki Heliosa, nimfy pozornie pozbawionej mocy, prowadzi nas przez wiele opowieści. 

Historia rozwija się  a wraz z nią zmienia się i dojrzewa główna bohaterka.  Niby wszystko znane, ale podane pięknym, żywym językiem. Bogowie, tytani, fatum nie do przekroczenia. Miller pokazuje nam nowe oblicza znanych bohaterów takich jak Prometeusz, czy Odyseusz, Ajetes, Medea. Podoba mi się także jak rysuje postacie drugoplanowe w opowieściach mitycznych, sama główna bohaterka ma taki status w zbiorach mitologii.  U Miller to one właśnie są najważniejsze.
Powieść stanowi ciekawe, głębokie ( pełne psychologicznych przemyśleń, momentami nawet filozoficznych) nad ludzkim istnieniem, nad istotą przemiany i losem. Pokazuje nam inne ujęcia tych samych starożytnych historii, ożywia uczuciami i uautentycznia dylematami, refleksjami.

Kirke, samotna na swojej wyspie, skazana przez gremium bogów na wygnanie,  ma całe wieki by snuć swoje rozmyślania. „Poprzez praktykę i staranność, pielęgnując umiejętności niczym ogród, aż zajaśnieją w blasku dnia. Ale są bogowie zrodzeni z ichoru i nektaru i doskonałość wprost tryska z ich palców.” Choć urodzona jako córka Heliosa, Kirke wiedzie żywot jak śmiertelniczka, w świecie ludzi. 
Wbrew pozorom to nie jest książka wyłącznie o bogach i herosach. Ona jest metaforą, trafną metaforą i ja sama znalazłam w głównej bohaterce siebie. Kiedy bliżej się przyjrzałam wiele cech   bohaterów dostrzegłam w ludziach mnie otaczających.  Nie wiem, czy każdy zobaczy to w tej książce, można ją z pewnością odbierać na wiele sposobów i na różnych poziomach.  To dla mnie wyznacznik dobrej literatury. To prawdziwa sztuka stworzyć powieść wielowymiarowa, Madeleine Miller się to udało.
Będę do niej wracała nie raz, idealna książka na urlop i na resztę życia.
Gorąco polecam!

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Aleksander Kaczorowski - „Ota Pavel - pod powierzchnią”



Jako miłośniczka twórczości Pavla czekałam na tę książkę od kilku miesięcy i kiedy się tylko ukazała wiedziałam, że ją kupię. Przed chwilą skończyłam ostatnie zdanie „Ota Pavel- pod powierzchnią” i mam w sobie wiele mieszanych uczuć. Pavel, którego poznałam z jego książek jest kimś innym niż ten opisany przez Kaczorowskiego. Inny jest jego tatuś, bracia, mama…
Pavel pięknie pisze o swoich najbliższych, sposób w jaki ich idealizuje czyni ich zwyczajność pięknem. Tak zresztą pisze o każdej najprostszej rzeczy. A jaka była codzienność pisarza? Mało barwna, urodzony w 1930 roku już jako dziecko doświadcza Holokaustu, potem po wojnie przeżywa zachłyśnięcie ideologią komunizmu, szuka siebie, swojego miejsca i nie umie go znaleźć. Jakby najważniejsza jego część została w dzieciństwie, gdzieś nad rzeką Berounką.

Biografie pisarzy potrafią być ciężką lekturą, odbrązawiającą mit człowieka i twórcy.  Ta taka nie jest. Autor wykonał kawał dobrej roboty, przypuszczam, że sam Ota Pavel byłby z niego zadowolony. Kaczorowski pisze:
„ Można powiedzieć, że Pavel nie wierzył w talent, albo też, że uznaje tylko jedną szczególną zdolność- przełamywanie własnych ograniczeń.”
Autor tej biografii spotykał krewnych Pavla, docierał do dokumentów, odwiedzał bliskie pisarzowi miejsca. Aleksander Kaczorowski, jak sam siebie określa miłośnik prozy Pavla, podejmuje się tej pielgrzymki do Czech nie tylko by książka była rzetelna, ale z potrzeby serca.

Obraz życia Pavla wyglądający z tej książki mnie przeraził. Przygniatająca choroba psychiczna, która odebrała mu radość, wytrąciła ze społeczeństwa, naznaczyła. Tych stygmatów Pavel przeżywa wiele. Niewyobrażalny ogrom cierpień, których doświadcza - on który czuje więcej niż inni, który jest wrażliwy na najdrobniejsze subtelności otaczającego świata.  Choroba, zawody dotyczące osób, zawirowania polityczne, ciężkie warunki do pracy twórczej,  obsesja pracy, nie zrozumienie świata, życie w swojej wizji - wszystkie te czynniki uszkadzały umiejętność życia i pisania Pavla. Kiedy o tym czytałam, czasami byłam przerażona. Nie dziwiło mnie, że myślał o samobójstwie. Wytchnienie znajdował tylko nad rzeką.

Osobistego rozczarowania doświadczyłam nad tą książką za sprawą losów ojca Oty Pavla - Leona - którego dobrze znałam z „Śmierci pięknych saren” i „Jak tata przemierzał Afrykę”. Ta sympatyczna postać, odważna i pełna uroku osobistego podbiła moje serce - w książce Kaczorowskiego tatuś Oty jawi się podejrzanym komunistycznym konfidentem, człowiekiem zagubionym i próżnym, skupionym na sobie.
Po raz kolejny doświadczyłam przekleństwa biografii, polegającego na tym, że lektura nawet najlepiej napisanej biografii może na zawsze zmienić w czytelniku obraz opisywanej postaci, do tego stopnia, że ona przestanie się podobać, czy fascynować.  Odczuwam leciutkie skutki uboczne tej lektury, ale mam nadzieję, że szybko miną.
Nie straciłam serca do Oty Pavla, ale poraziło mnie cierpienie którego doświadczał, wstrząsnął mną obraz jego życia i chyba tym bardziej czuję wdzięczność do niego, że w tym co pisze nie ma goryczy, żalu i cynizmu - który byłby zrozumiały w jego sytuacji. Z tego powodu podziwiam Pavla.
Aleksander Kaczorowski pisząc tę biografię sam do minimum ogranicza pojawianie się własnej osoby, a mimo to mamy poczucie, że ta podróż do życia Pavla jest dla niego osobiście ważna, autor staje się naszym przewodnikiem- niczym Wergiliusz Dantego – tak on nas prowadzi przez piekło Oty Pavla.

Może być w tej recenzji sporo przesady, ale wybaczcie- jestem jeszcze w emocjach - po zakończonej lekturze.

Polecam książkę, szczególnie miłośnikom Oty Pavla!

środa, 20 czerwca 2018

Mario Vargas Llosa – „Pochwała macochy”



„Kochanie niezniszczalnego ma swoją cenę, którą wcześniej czy później trzeba zapłacić”
  ( Pochwała Macochy”)


Czytanie tej książki bez pasji i miłości to jakby ktoś zaprosił cię na ucztę, a ty nie czułbyś głodu. Na nią trzeba się rzucić jak tygrys z szafy, szarpać się z nią w pościeli przy świetle księżyca, pożreć ją…

To jedna z najbardziej zmysłowych książek jakie czytałam, zapach potu i seksu unosi się nad jej kartkami. Fabuła jest prosta - don Rigoberto bierze sobie nową żonę po śmierci pierwszej. Zależy mu na tym by piękna Lukrecja, na punkcie której oszalał,  zyskała aprobatę jego synka Fonsita. ( To ten sam co w „Fonsito i księżyc”) I już. Czy zyskała? Bardzo się starała w każdym razie, a mówimy tu o sympatii chłopca najwyżej dziesięcioletniego, dość przebiegłego i jednocześnie uroczego jak anioł. W pewnym sensie to jest anty- Lolita, chłopiec uwodzi dorosłą kobietę - swoją macochę. Trudno dojść kto tu kogo uwodzi… Historie o nich Llosa przeplata fantazjami erotycznymi na temat obrazów znajdujących się w bogatym domu don Rigoberta. Te ożywione obrazy znakomicie komponują się z akcją, nadając jej głębszy, dodatkowy wymiar. Czytając o tym co się wyprawiało w domu Lukrecji i jej męża nie czułam zażenowania, ani zgorszenia. Cielesność i rozkosz płynąca z niej, opisana jest jako coś naturalnego, więc boskiego, więc poza dobrem i złem - poza oceną. Seksualność jest żywiołem który drzemie w każdym z nas, niezależnie od wiedzy, wieku i sytuacji rodzinnej.  Kiedy się obudzi nie zważa na nic. O tym jest ta książka, moim zdaniem.
„Pochwała macochy” liczy 157 stron, wypełnionych przyspieszonym rytmem oddechów, a wszystko w znakomitym stylu. Jest oczywiście o szczytach i orgazmach, ale zapewniam, że można dodatkowo osiągnąć orgazm czytając jak pisze Llosa, jeśli kto wrażliwy na piękno stylu. Kolejna część tej opowieści w książce „Zeszyty don Rigoberta” - zamierzam po nią wkrótce sięgnąć. Bardzo polecam!

piątek, 15 czerwca 2018

Gabriel Garcia Marquez – „Nie wygłoszę tu mowy”



Książka „Nie wygłoszę tu mowy” to zbiór wybranych przemówień wygłoszonych przez pisarza od 1944 roku do 2007, wybór został dokonany przez wydawcę za zgodą autora i przy jego współudziale.  Początkowo obawiałam się tej lektury, ale nie słusznie, bo są tacy pisarze, którzy cokolwiek by napisali, czy powiedzieli ja jestem na to otwarta. Należy do nich Marquez. Znajdziemy tu najróżniejsze przemówienia, od tych akademickich, szkolnych, przez oficjalne państwowe, czy noblowskie aż po prywatne. Właśnie te prywatne urzekły mnie najbardziej. Marquez w jednym z nich, zaledwie kilka dni po śmierci Cortazara wspomina argentyńskiego pisarza, jak to on  ma w zwyczaju, dzieli się wspomnieniami, pięknymi, poruszającymi, które mnie same zwróciły ku Cortazarowi i z pewnością za kilka książek sięgnę ponownie po jego dzieła. Rysuje nam Cortazara jakiego nie znamy, muzyka, artystę, trochę szaleńca i outsidera.

 Autor „Sto lat samotności” porusza w przemówieniach wiele istotnych tematów, od zagrożeń nuklearnych po sytuację polityczną i kulturalną jego ojczystej Kolumbii, snuje refleksje nad kondycją dziennikarstwa i języka hiszpańskiego. Znajdziemy w tej książeczce wiele przemyśleń, własnych wizji i cytatów, które inspirują pisarza. Dla mnie ta niepozorna pozycja jest obrazem Marqueza jako człowieka, pełnego pasji, wesołego, dostrzegającego bolączki i nie mającego żadnych oporów by nazywać rzeczy po imieniu. Serdecznie mnie zruszyła i ubawiła jednocześnie, mowa na siedemdziesiąte urodziny jego przyjaciela Alvaro. Znajdujemy tam obraz pisarza jako kawalarza, frenetycznego twórcy, którzy nie tylko wyraża się w pisaniu, ale kreuje całym życiem. Słowa frenetyczny Marquez nadużywa w przemówieniach i niezmiernie mi to pasuje do jego obrazu.
W ostatnim opublikowanym w „Nie wygłoszę tu mowy” przemówieniu pisarz wspomina czas kiedy powstawało „Sto lat samotności”, ciężkie warunki w jakich wtedy żyła jego rodzina.  Nie tak dawno na początku tego roku czytałam obszerną biografię Vonnegouta i teraz przy lekturze Marqueza przypomniały mi się Vonnegutowe opowieści o nędzy w której żyli, czasami jedynie na łasce przyjaciół i rodziny. I pomyślałam o współczesnym przemyśle książkowym, autorach wydających kilka książek rocznie i ogarnęła mnie melancholia…

Marquez jedną z mów, skierowaną na I Kongresie Języka Hiszpańskiego w 1997 r w Meksyku nazwał: „Butelka rzucona w morze dla boga słów”, pisze:
„Nigdy (…) potęga słów nie była tak wielka jak dziś. Ludzkość wkroczy w trzecie tysiąclecie pod berłem słowa. To nieprawda, że obrazy zastąpią słowa. Wręcz przeciwnie, dodadzą im mocy: nigdy dotąd nie było na świecie tylu słów o tak wielkim zasięgu, władzy i woli jak w potężnej wieży Babel naszych czasów. Słów wymyślonych, umęczonych czy uświęconych przez prasę, książki jednorazowego użytku, plakaty reklamowe, słów mówionych, śpiewanych, wypowiadanych w radiu, telewizji, kinie, przez telefon i megafony: słów wykrzyczanych grubym pędzlem na ścianach ulic czy wyszeptanych na ucho w półmrokach miłości. Milczenie całkowicie przegrywa.”

Zatem zachęcam do czytania „Nie wygłoszę tu mowy”- w myśl powyższego cytatu, zobaczcie co Marquez ma do powiedzenia! Uczcijmy Boga Słów ( podobno był taki bóg u starożytnych Majów).

Podsumowanie czytelnicze roku 2019

Zamknęłam rok 2019, przeczytałam w nim 63 książki wliczając tomy poetyckie. Wynik zadowalający choć nie wybitny.  Jest kilkanaście książ...